Pasjonat czy ostatni Mohikanin?

 

Kiedy wieczorem wracam z pracy i przekręcam klucz w drzwiach, opadają ze mnie emocje całego dnia. Nareszcie jestem u siebie. W moim małym azylu. Ktoś może spytać „No cóż takiego? Mieszkanie jak mieszkanie”. Ja po prostu lubię to miejsce i dobrze się tu czuję. Otaczają mnie dobrze znane meble, instrumenty i książki. Nie takie zwyczajne, bo grube i opasłe. Ich zawartość też jest nietuzinkowa, bo są to w dużej części nuty brajlowskie.

O nutach pisano wiele, ponieważ są one – a może powinny być - istotną częścią kształcenia muzycznego niewidomych, nie czuję się kompetentna, aby polemizować z tymi, którzy podstawy tego kształcenia stworzyli. Mam w sercu ogromny szacunek i wiele podziwu dla trojga wybitnych niewidomych, zasłużonych dla wypracowania metod nauczania nut. Dziś powiedzielibyśmy – zakręconych na tym punkcie. Miałam to szczęście, że poznałam wszystkich troje…

P. Stefania Skibówna była nauczycielką wychowania muzycznego w szkole podstawowej w Laskach; dzięki niej poznałam podstawy zapisu muzykograficznego, choć nie była to szkoła muzyczna. Uczyła nas także pisania jedną ręką na maszynie brajlowskiej. Metoda obecnie odeszła w zapomnienie, bo brajliści mają do czynienia prawie wyłącznie z klawiaturami w układzie Perkinsa, a osoby z Instytutu Perkinsa dla Niewidomych, którym wynalazek Stefanii Skibówny demonstrowano w ogóle nie zrozumieli jego zalet. P. Stefania Skibówna prowadziła także chór. Jako osoba władająca biegle kilkoma językami obcymi, wypożyczała nuty z bibliotek zagranicznych , aby poszerzać swój repertuar. Była też niestrudzoną propagatorką nut brajlowskich. To jej zawdzięczamy tłumaczenie i adaptację „Podręcznika światowej notacji muzycznej” dr Aleksandra Reussa do potrzeb polskiego odbiorcy, wydanego przez Wydawnictwo Nut Polskiego Związku Niewidomych w 1967 r.

P. Andrzeja Galbarskiego poznałam już śpiewając w zespole muzycznym. Był człowiekiem niezwykle uzdolnionym technicznie, wynalazcą wielu ulepszeń w zapisie brajlowskim (matematycznym i muzycznym), kierownikiem drukarni PZN, transkryptorem i korektorem nut. Pan Andrzej uczestniczył w kongresie dotyczącym ujednolicenia zapisu międzynarodowej notacji muzycznej, którego owocem jest kolejny podręcznik wydany już przez wydawnictwo „Toccata” w 2001 r.

Z P. Edwinem Kowalikiem osobiście zetknęłam się jeszcze później, podczas koncertu zorganizowanego z okazji 45-lecia Polskiego Związku Niewidomych, w którym brał także udział mój mąż. Gdy wspólnie czekaliśmy za kulisami na wejście, dane mi było odczuć jak ten najwybitniejszy z niewidomych muzyków (otrzymał wyróżnienie w V konkursie Chopinowskim w 1955 r.) skupiał się przed występem. Znaliśmy się też z PZN-u, gdzie pracowałam, ale znajomość nasza sprowadzała się do przelotnych spotkań na korytarzach. Nie wiedziałam, że był już poważnie chory. Pan Edwin Kowalik stworzył wydawnictwo nut brajlowskich i prowadził czasopismo fachowe pt. „Magazyn muzyczny”, które oprócz publicystyki zawierało dodatek nutowy. Misję tę przejęło po nim utworzone w 1998 roku Towarzystwo Muzyczne im. Edwina Kowalika, a osobą kontynuującą spuściznę poprzedników jest P. Helena Jakubowska.

Skoro poznali już Państwo nieco historii, to łatwo wywnioskować, że tematem tego artykułu będą nuty. Jednak dziś na łamach „Tyfloświata” zostanie popełniony nepotyzm literacki, ponieważ bohaterem tej opowieści będzie nie kto inny, a mój własny mąż, który od 20 lat jest pracownikiem Szkoły Muzycznej I stopnia w Laskach.

Biografia ta w swym schemacie nie odbiega od wielu opowieści artystów. Urodziłem się… śpiewałem już w wieku czterech lat… moim pierwszym instrumentem były organki… Tu trzeba dodać „od początku miałem kłopoty ze wzrokiem”. Lekarze nie umieli się zorientować w możliwościach wzrokowych Bronka i dlatego do pierwszej klasy szkoły podstawowej poszedł do Lublina. Tam po krótkim czasie zorientowano się, że wzroku jest niewiele, ale dziecko ma potencjał muzyczny i dlatego wskazano rodzicom szkołę w Krakowie, jako jedyną w tamtym czasie szkołę dla niewidomych, w której mogli oni uzyskać wykształcenie muzyczne.

Zajęcia teoretyczne (rytmika, muzykografia, kształcenie słuchu i audycje muzyczne) były wmontowane w ogólny grafik szkolny. Natomiast zajęcia praktyczne – nauka gry na instrumentach – odbywały się po południu. W przedpołudniowych zajęciach muzycznych musieli uczestniczyć wszyscy uczniowie. Jednak nauczyciele świetnie wiedzieli od kogo ile można wymagać. Klasa, do której trafił Bronek była „mocna muzycznie”, dlatego nauczyciele mogli szybko wprowadzać kolejne zagadnienia. Wysoki poziom kształcenia teoretycznego bardzo przydał się w dalszej edukacji muzycznej.

Z powodu niewielkiego wzrostu, a przede wszystkim predyspozycji słuchowych, Bronek został zakwalifikowany do nauki gry na skrzypcach. Nauczyciele się zmieniali. Chłopiec nie był zafascynowany wyborem dorosłych. Słyszał jak rówieśnicy uczący się gry na fortepianie mogli jednocześnie wykonywać linię melodyczną i akompaniament. Tak minęło kilka lat, aż przyszedł czas na przygotowanie się do dyplomu. „Nauczyciel, do którego trafiłem – wspomina – był wymagający, wręcz surowy, ale dużo potrafił nauczyć. Chcąc sprawdzić moje umiejętności w zakresie czytania nut brajlowskich poprosił, abym wypożyczył „Dudziarza” Henryka Wieniawskiego. Wypożyczyłem i przyniosłem na lekcję. Pan poprosił, abym przeczytał pierwsze takty. Zacząłem, ale nie mogłem sobie poradzić z wieloma nieznanymi znakami. Nie umiałem też wytłumaczyć ich nauczycielowi.” Historia ta skończyła się nauką tego i pozostałych utworów metodą słuchową. „Dyplom zdawałem nie jak większość moich kolegów w Ośrodku na Tynieckiej, ale w zaprzyjaźnionej szkole muzycznej II stopnia, co było wyróżnieniem. Potem miałem iść do szkoły muzycznej dla niewidomych do Pragi czeskiej, ale w sprawę wdała się historia.”

Przez następne lata, czy to prowadząc zespoły muzyczne, czy kształcąc się, czy przygotowując standardy jazzowe, Bronek bazował głównie na poznawaniu utworów metodą słuchową. Czasem prosił kogoś o wolniejsze zagranie linii melodycznej utworu, czy o zaśpiewanie go. Aż przyszedł czas, by wrócić do szkoły, ale w nowej roli.

„Gdy zadzwoniła pani, która później była moją pierwszą dyrektorką, miałem chaos w głowie. Po prostu bałem się. Nigdy oficjalnie nikogo nie uczyłem. Owszem, paru kolegów tak, ale to nie była przecież formalna praca nauczycielska. Czym innym też było prowadzenie zespołu rozrywkowego, w którym część kolegów – tak jak ja – była po szkołach muzycznych. Ale uczyć dzieci? – Powiedziałem tej pani, że muszę się zastanowić, a ona, żebym się nie bał, bo wszyscy zaczynamy. No i zaczęliśmy. W Szkole Muzycznej w Laskach spotkałem znanego mi już P. Andrzeja Galbarskiego, koleżankę z chóru ze szkoły na Bednarskiej i kilka innych osób. Chyba wszyscy mieliśmy tremę. Zacząłem się zastanawiać nad praktyczną stroną zagadnienia nauki niewidomych. Powierzono mi naukę gry na gitarze klasycznej. Z czasów własnej edukacji miałem trochę nagranych utworów, ale przecież nauczanie musi odbywać się w sposób uporządkowany, trzeba to robić według pewnego schematu. Wypożyczyłem więc podręcznik pt. „SZKOŁA GRY NA GITARZE Wydanie zmienione, uzupełnione dodatkiem o grze na gitarze hawajskiej” autorstwa Józefa Powroźniaka. Podręcznik ten, oprócz stosownych ćwiczeń, zawiera wiele wskazówek metodycznych i rysunków brajlowskich. Dzięki temu mogę uczniom pokazać pewne rzeczy graficznie, np. pięciolinię czarnodrukową (pustą i z nutami). W brajlu nie da się tego zobaczyć, ponieważ nuty są ułożone tak jak tekst literacki. Uświadomiłem sobie wtedy, że moja wiedza na temat zapisu nut brajlowskich wyniesiona ze szkoły krakowskiej jest niewielka i że traktowałem ten przedmiot jak np. jakiś obcy, mało przydatny język. Zagadnienia dotyczące nut nie były powiązane z praktyką. Owszem, korzystaliśmy z prostego zapisu, czytając ćwiczenia z solfeżu, ale nic więcej. I tu z pomocą przyszedł mi P. Andrzej, ofiarowując egzemplarz autorski wspomnianego już „Podręcznika światowej notacji muzycznej pismem niewidomych”.

Aby uczyć kogoś, najpierw sam musiałem gruntownie nadrobić braki. Postanowiłem, i jestem temu postanowieniu wierny do dziś, że nie pozwolę na to, aby niewidomi uczniowie klasy gitary kończyli szkołę bez praktycznej znajomości nut. Tak więc – choć proces nauczania z brajla jest dłuższy i mozolniejszy niż ze słuchu, staram się tak dobierać utwory, by choć jeden na semestr przygotować tą metodą. Poza tym mój własny przykład, to, że sam korzystam z takiego zapisu uświadamia dzieciom, że można.

Dziś wielu ludzi fascynuje się wykorzystaniem możliwości technicznych komputera do nauki muzyki. W roku 2014 uczestniczyłem w prezentacji programów komputerowych umożliwiających konwersję nut brajlowskich do czarnego druku i odwrotnie. Prezentację tę prowadziła zaprzyjaźniona z naszą szkołą P. Helena Jakubowska. Nie jestem przeciwny wykorzystywaniu nowych metod w nauce muzyki, chociaż uważam bezpośrednią pracę z tekstem muzycznym za rozwijającą wyobraźnię i pamięć muzyczną. Żmudny i trudny jest proces łączenia poszczególnych fragmentów poznawanego utworu. Jednak gdy nabierze się w tej metodzie pewnej wprawy, potrafi ona dostarczyć sporo satysfakcji. Myślę, że wykorzystanie nowych technologii jako narzędzia do udostępniania niewidomym zapisu muzycznego, to jeszcze sprawa przyszłości, bo programy, które to umożliwią, są ciągle w fazach prób, o kosztach monitorów czy drukarek brajlowskich nie wspominając.”

Obecnie, mimo wszelkich ulepszeń, niewidomi uczniowie i nauczyciele wciąż borykają się z małą dostępnością potrzebnych materiałów. Dochodzi też problem objętości tomów brajlowskich. Np. wspomniana „Szkoła gry na gitarze” w czarnym druku jest w miarę cienką książką formatu A4, podczas gdy w brajlu zajmuje dwa obszerne tomy. Pewne wydawnictwa nie będą wznawiane z powodu sporego kosztu związanego z ich wydaniem i dlatego dziś są unikatami.

Czy nowoczesne techniki wkroczą do szkół muzycznych? Myślę, że prędzej czy później tak. Na pewno wtedy gdy trochę stanieją i będą „bardziej pewne” w użyciu. Myślę, że przyszli muzycy niewidomi w trakcie nauki nowych utworów będą musieli wykorzystywać także umiejętności informatyczne. A brajlowskie nuty? Czy odejdą w przeszłość? Czy tylko zmieni się forma ich przechowywania? – Nie wiem. Czas pokaże. Ja jednak cieszę się, że mogę pracować bez pomocy mowy syntetycznej w ciszy i skupieniu. Podzieliłem się swoim doświadczeniem z grupą uczniów niewidomych. Następny krok należy do młodszych.

Elżbieta Harasiuk

 

Projekt współfinansowany ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych oraz Gminy Miejskiej Kraków