Actilino - więcej niż terminal brajlowski

 

Wśród wielu urządzeń oferujących użytkownikom możliwość korzystania z komputera czy telefonu z użyciem alfabetu brajla na szczególną uwagę zasługuje Actilino.

Ten niewielkich rozmiarów, szesnastoznakowy notatnik i terminal brajlowski zaspokoi potrzeby nawet najbardziej wymagających użytkowników. Urządzenie jest monitorem brajlowskim z funkcją odsłuchu komunikatów głosowych czytnika ekranu, do którego zostało podłączone. Dzięki tej funkcji możemy np. bez wyjmowania telefonu z kieszeni korzystać z niego, używając brajla i mowy syntetycznej.

Actilino potrafi obsługiwać do czterech urządzeń jednocześnie. Trzy za pośrednictwem Bluetooth i jedno podłączone przez USB. Wydawać by się mogło, że wadą urządzenia jest bardzo niewielki monitor brajlowski. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę, że komórki monitora są czułe na dotyk, co oznacza, że urządzenie śledzi pozycję palca na tekście brajlowskim i przewija treść automatycznie, to będziemy musieli przyznać, że wada nie jest tak istotna jak początkowo sądziliśmy.

Dodajmy do naszego monitora zestaw wbudowanych aplikacji – urządzenie wyposażono w edytor, kalkulator, terminarz, budzik i stoper – oraz dobry stosunek jakości do oferowanej ceny, a będziemy musieli stwierdzić, że zakup urządzenia wart jest poważnego namysłu. Jakkolwiek Actilino nie jest z pewnością komfortowym czterdziestoznakowym terminalem brajlowskim ani wyposażonym we wszystkie funkcje poszukiwane przez użytkowników notatnikiem brajlowskim, należy stwierdzić, że oferowany przez producenta kompromis pozwoli użytkownikom na skuteczne korzystanie z urządzenia brajlowskiego, dając im jednocześnie bodaj w pewnym stopniu wolność od stałego korzystania z komputera czy smartphone’a.

Dzięki zastosowanym rozwiązaniom Actilino nie wymaga instalowania specjalnych sterowników. Sprzęt jest wykrywany automatycznie po podłączeniu do urządzeń, z którymi współpracuje. Actilino jest zgodne z czytnikami ekranu dla Windows, Mac OS, iOS oraz dla systemu Android.

Szczegółowe informacje wraz ze specyfikacją techniczną omawianego urządzenia można znaleźć na stronie:

https://handytech.de/en/products/mobile-braille-displays/actilino

Wojciech Maj

Kupujemy dostępną pralkę

 

Problem wydaje się banalny, bo przecież pralka jaka jest, każdy widzi. Parę przycisków, pokrętło lub dwa i tyle. To się rzeczywiście może zgadzać, chociaż raczej w odniesieniu do tańszych modeli. Nie mają one zbyt wielu opcji, toteż i nie znajdziemy tam zbyt wielu ustawień. Wystarczy więc pamięciowe opanowanie kolejności programów, funkcji tych kilku przycisków, a w ostateczności ustawienie naszej pralki w sposób jak najbardziej uniwersalny i pranie wszystkiego na jednym programie, w tej samej temperaturze itd. Jest to jakiś pomysł. Jednak, po pierwsze, nie zawsze tak się da, a po drugie, od tego są przecież opcje, żeby z nich korzystać.

Jak zatem rozwiązać problem?

Na pomysł stosunkowo tani i dość efektywny wpadła firma Whirlpool, która stworzyła specjalne nakładki montowane na panelu urządzenia. Nakładki są przezroczyste, tak więc nie wpływają na komfort obsługi przez widzących członków rodziny. Zaopatrzono je w napisy w brajlowskie, a listę wspieranych urządzeń można zobaczyć na stronie http://www.siegnijpo6zmysl.pl/, gdzie bezpłatnie możemy zamówić taką nakładkę.

Istnieje jednak jeszcze jeden sposób na ułatwienie sobie życia w tej materii, chociaż wymaga on od nas posiadania smartphone’a. Coraz więcej urządzeń AGD producenci wyposażają w moduł Bluetooth czy Wi-Fi, aby można było sterować nimi właśnie przez smartfon. Wadą tego pomysłu jest, że możliwy problem z dostępnością dedykowanych aplikacji, a rzadko zdarza się, by można było sprzęt wypróbować przed zakupem.

Dlatego też chciałbym w tym miejscu opisać urządzenie, które sam posiadam. Pralka, o której mowa, została wyposażona w interesujące z naszego punktu widzenia funkcje. Poświęćcie zatem drodzy czytelnicy kilka chwil uwagi pralce firmy Samsung - model WW90K6414QW.

Addwash, Diamond Drum, EcoBubbles, Digital Inverter - segment premium

Zacznijmy od tego, że urządzenie to zdecydowanie nie należy do tanich i z portfela może zabrać ok. 2500 zł. Wynika to z faktu, że Samsung w tej serii postanowił przygnieść użytkownika technologiami. Bezszczotkowy silnik, dodatkowe drzwiczki, przez które można dorzucić zapomnianą część bielizny w trakcie prania, specjalnie profilowany bęben, mający chronić przed zagnieceniami, to tylko część z tego, czym uraczy nas wspomniana pralka.

I pomyśleć, że jeszcze niedawno programator był szczytem luksusu. W każdym razie kluczowymi dla nas funkcjami są "Smart Control" oraz "Smart Check", czyli nic innego jak sterowanie pralką przy pomocy smartfonów (zarówno z systemem Android, jak również iOS).

Na temat WW90K6414QW słów kilka

Na początek kilka danych technicznych. Ładowność 9 kg, ilość obrotów 1400, klasa energetyczna A+++, zużycie energii podczas jednego cyklu 0,6 kWh. Dodając do tego silnik w technologii Digital Inverter, który rzeczywiście ma wpływ na głośność pracy całego urządzenia, otrzymujemy naprawdę dobrej klasy pralkę. Łyżką dziegciu w tej beczce miodu może być obecność dotykowych przycisków na panelu frontowym, jednak z własnego doświadczenia mogę śmiało powiedzieć, że jest to problem, który da się pokonać.

Na szczęście nie jest to klasyczny ekran dotykowy, na którym rozlokowanie funkcji może się dowolnie zmieniać, tylko kilka przycisków, które są zawsze w tych samych miejscach, w dodatku nie ma problemu z ich zlokalizowaniem, gdyż otoczone są wystającą z powierzchni panelu ramką, dodatkowo między każdym z tych przycisków jest wyraźnie wyczuwalna przerwa. Ułatwieniem są także dźwięki wydawane przez urządzenie po każdym wciśnięciu przycisku, przekręceniu programatora itd, przy czym dźwięki te nie są zawsze takie same dla aktywacji i dezaktywacji dowolnej funkcji, włączenia i wyłączenia całego urządzenia, braku możliwości aktywacji dowolnej opcji itd. Na przykład w programie "czyszczenie bębna" nie da się ustawić ani temperatury, ani szybkości wirowania, zatem próba zmiany tych parametrów spowoduje odtworzenie dźwięku błędu. Jednak w innych programach, gdzie taka możliwość istnieje, przy zmianie tych parametrów usłyszymy inny dźwięk, który powie nam, że rzeczywiście coś się zmieniło. W dodatku jeśli wrócimy do wartości domyślnej, usłyszymy jeszcze inny dźwięk. Oczywistą zaletą pralki jest fizyczny, więc mechaniczny włącznik zasilania oraz przycisk "start/stop", którym uruchamiamy proces prania. Mimo wszystko ustawianie prania z poziomu urządzenia jest niestety raczej niewskazane, z uwagi na fakt, że pralka z reguły zapamiętuje ostatnio użyty program. Czasem jedna zdarza się, że na start ustawi się program bawełna i nie mam pomysłu na zweryfikowanie tego stanu rzeczy bez posiłkowania się wzrokiem z uwagi na fakt, że pokrętło służące wyboru programu to cyfrowy potencjometr, tak więc jego pozycja nie ma absolutnie żadnego znaczenia i naklejanie tam czegokolwiek jest bezzasadne. Jedynym sensownym sposobem na ustawienie programu jest skorzystanie z dedykowanej aplikacji Smart Home, która zasługuje na kilka słów omówienia.

Technologie Smart Control oraz Smart Check

Firma Samsung w swoich urządzeniach stosuje dwa rozwiązania, dzięki którym możliwa jest współpraca w tandemie ze smartfonem. Pierwsze z nich to technologia Smart Check, która pozwala na samodzielne diagnozowanie ewentualnych problemów z urządzeniem. Potrzebna do tego jest aplikacja Samsung Washer, dostępna w sklepie Play oraz Appstore. W razie problemów urządzenie potrafi wyświetlić na swoim ekranie specjalny kod, który można zeskanować w aplikacji i z poziomu smartphone’a dowiedzieć się, co jest przyczyną problemu, co zrobić, aby go rozwiązać, o ile da się zrobić to bez pomocy serwisu itp. Druga funkcja, którą zajmę się w dalszej części artykułu to Smart Control, czyli możliwość sterowania urządzeniem przez smartphone’a. Tutaj, oprócz aplikacji Samsung Washer, potrzebujemy również dostępnej na obie platformy aplikacji Smart Home, która służy do sterowania wszelkimi urządzeniami AGD firmy Samsung, wyposażonymi w moduł Wi-Fi. Na wstępie należy powiedzieć, że zdecydowanie uprzywilejowani są w tym przypadku posiadacze telefonów z Androidem, bo aplikacja znacznie lepiej współpracuje z Talkback niż z VoiceOverem. Głównym problemem w przypadku tego ostatniego jest brak możliwości uruchomienia prania. Nie ma problemu z ustawieniem programu, temperatury wody, ilości płukań etc, ale po wszystkim nie jestem w stanie uruchomić pralki, a w przypadku aktywnej funkcji Smart Control nie ma możliwości uruchomienia procesu z poziomu panelu urządzenia. Pozostaje mieć nadzieję, że przy którejś aktualizacji firma Samsung naprawi ten błąd. W przypadku Androida ten problem nie występuje, chociaż widać, że dostępność aplikacji jest dziełem raczej przypadku niż świadomego działania.

Pierwsza konfiguracja

Zanim będziemy mogli cieszyć się używaniem smartphone’a jako pilota do pralki, należy wykonać kilka czynności. Przede wszystkim niezbędne jest założenie konta Samsung. Proces ten wymagać będzie przeczytania kodu z obrazka bez alternatywy dźwiękowej, przynajmniej tak było, gdy sam zakładałem takie konto, warto więc w tym celu posłużyć się raczej komputerem niż smartfonem. Następnym krokiem będzie pobranie aplikacji ze sklepu Play i zalogowanie się na wcześniej utworzone konto Samsung. Kolejnym krokiem będzie pierwsza konfiguracja pralki. W tym celu przytrzymujemy przez co najmniej trzy sekundy przycisk Smart Control (pierwszy z dotykowych przycisków od prawej strony na dole) aż usłyszymy dźwięk potwierdzający wejście w tryb konfiguracji urządzenia. W tym momencie pralka tworzy własną... uwaga! sieć Wi-Fi po to, aby można było, korzystając wyłącznie ze smartphone’a, przeprowadzić proces konfiguracji. Zasadniczo proces jest prosty i intuicyjny.

W aplikacji Smart Home odnajdziemy przycisk "Dodaj urządzenie", a dalej kreator w jasny i zrozumiały sposób podpowiada, co i gdzie wpisać. Potrzebne będą znowu dane konta Samsung oraz dane dostępu do naszej domowej sieci Wi-Fi, gdyż tą drogą urządzenie będzie można kontrolować. Podstawową zaletą takiego rozwiązania jest zdaniem Samsunga możliwość włączenia prania z jakiegokolwiek miejsca na świecie, o ile dysponuje się tam dostępem do Internetu. Możemy np. wstawić pranie, wsypać proszek, wlać płyn do płukania, innymi słowy przygotować pranie, a włączyć je gdy będziemy szykować się do powrotu z pracy. W ten sposób, wchodząc do domu, będziemy mieli świeżo wyprane rzeczy przygotowane do wyjęcia i wysuszenia.

W przypadku iPhone’a procedura jest niemal równie prosta, z jednym wyjątkiem, tj. musimy ręcznie przełączyć urządzenie do sieci Wi-Fi utworzoną przez pralkę. Wersja na Android zrobi to sama za nas. Sprawdzaliśmy, czy możliwe jest zarejestrowanie więcej niż jednego urządzenia do sterowania pralką i taka możliwość istnieje, jednak całą konfigurację, włącznie z ustawieniem pralki, należy wykonać na każdym ze smartphone’ów.

Smart Home na każdy dzień

Standardowa procedura nastawiania prania wygląd mniej więcej tak… Włączamy pralkę, naciskamy krótko przycisk Smart Control i czekamy aż pralka wyda dźwięk mówiący o tym, że połączyła się z Wi-Fi i zalogowała się na konto Samsung. Następnie sięgamy do smartphone’a i uruchamiamy aplikację Smart Home. To chwilę potrwa, jednak na zakończenie powinno się pokazać okno, w którym, prócz nieistotnych w tej chwili komunikatów, powinniśmy odnaleźć napis "pralka gotowa". Stukamy w niego dwa razy i uruchamia się aplikacja Samsung Washer. Pokaże się okno, w którym wyświetlana jest informacja o wybranym programie oraz ustawionych opcjach, jak np. ilość płukań, temperatura itd. Stuknięcie w dowolną z tych informacji pozwoli na ustawienie danego parametru według własnych preferencji. Innymi słowy, aby zmienić program, stukamy dwukrotnie w jego nazwę i wybieramy program spośród dostępnych na liście. Niestety na początku może wydawać się, że stuknięcie nic nie daje, a to dlatego, że prócz listy programów w oknie widać całą resztę parametrów, jednak przy odrobinie cierpliwości można wybrać, co trzeba. Oczywiście na zakończenie należy włączyć pralkę i tu jest malutki problem, gdyż przycisk ten Talkback czyta jako "main_control_btn_large", jednak stuknięcie w ten tekst powoduje uruchomienie wybranego programu. Od tego momentu nie pozostaje nam nic innego, jak poczekać na koniec prania. Warto nadmienić, że przewidywana godzina zakończenia cyklu wyświetla się na ekranie aplikacji, a przycisk, którym uruchomiliśmy pranie, nadal jest aktywny i można użyć go do chwilowego przerwania procesu. Gdy pranie się skończy, aplikacja wyświetli odpowiednie powiadomienie.

Na koniec mała uwaga. Uruchomienie aplikacji Smart Washer z pominięciem Smart Home nie da możliwości sterowania pralką. Służy tylko do diagnostyki ewentualnych błędów.

Podsumowanie

Prócz Samsunga jeszcze kilku producentów urządzeń AGD instaluje moduły Wi-Fi lub Bluetooth w swoich urządzeniach i istnieje możliwość, że istnieje alternatywa od rozwiązania posiadanego przeze mnie. Nie mniej jednak, zwłaszcza dla posiadaczy smartfonów z Androidem, pralka jest „jakoś” dostępna, chociaż da się zrobić to lepiej. Ta tendencja sterowania urządzeniami przez smartphone’a będzie wzrastać i może już za kilka lat każda pralka, kuchenka, ekspres do kawy będzie miał takie możliwości. Póki co, jedynie urządzenia klasy premium wyposażone są w tego typu rozwiązania. Często możliwość sterowania nimi za pośrednictwem smartphone’a jest jedynym dostępnym dla nas sposobem używania tych urządzeń, ponieważ wyposaża się je w ekrany dotykowe. Wydaje się więc, że obecnie, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, powinniśmy w każdy dostępny sposób lobbować na rzecz dostępności urządzeń AGD i w ogóle wszelkiej elektroniki powszechnego użytku. Choć dostępność mojej pralki nie jest być może „na piątkę” w żadnym razie nie zamierzam jej oddawać. Dzięki zastosowanym w niej rozwiązaniom, możemy się z żoną cieszyć się większą niezależnością w życiu codziennym, a z pralką, jak do tej pory, nie mieliśmy większych problemów.

Tomasz Bilecki

Mój Mac na wyżynach

 

Jako posiadacz komputera z nadgryzionym jabłkiem od czasu do czasu dzielę się na łamach Tyfloświata moimi wrażeniami z używania kolejnych wersji Mac OS. Przyznaję, że od napisania ostatniego tekstu tego rodzaju minęło już sporo czasu, ale na usprawiedliwienie podam, że kolejne wersje nie wnosiły niczego istotnego z punktu widzenia użytkowników z dysfunkcją wzroku. Chyba, że za istotne uznamy nienaprawianie starych błędów i dokładanie nowych drobnych uciążliwości.

Sierra, czyli Siri na Macu

Poprzednia wersja systemu wzbudziła we mnie nadzieje na jakiś istotny przełom. Pomyślałem sobie, że Apple, tak jak czyni to Microsoft, będzie dążyć do stworzenia jakiegoś systemu uniwersalnego, środowiska, w którym nasze aplikacje uruchomimy tak na komputerach, jak i na urządzeniach mobilnych. Zawiodłem się. Wygląda bowiem na to, że zdaniem specjalistów z Apple’a urządzenia mobilne są do użytku codziennego, domowego, a dopiero w drugiej kolejności do zastosowań profesjonalnych, a komputery odwrotnie.

A Siri? Wprawdzie asystent został włączony do Mac OS, umie niewiele i w obecnej postaci należy traktować go raczej jako zabawkę niż cokolwiek innego, ale przyznać muszę, że po instalacji pierwszej wersji Sierry bardzo ułatwił mi życie. Błąd oprogramowania powodował, że sprawdzenie stanu naładowania baterii mego laptopa było po prostu niemożliwe i jedynym sposobem, by to zrobić było zapytanie Siri o stan naładowania akumulatora.

A jak jest na wyżynach?

Najnowsza wersja systemu od Apple’a nazywa się High Sierra, a na stronie producenta znajdziemy slogan reklamowy „Twój Mac na wyżynach”. Stąd tytuł mego artykułu. Ktoś może zapyta: czemu właściwie zdecydowałem się na instalację tej wersji systemu na starym, spełniającym zaledwie w sposób graniczny wymagania sprzętowe urządzeniu. Po pierwsze nie miałem lepszego pod ręką. Po drugie z zapowiedzi można było wnosić, że wydajność systemu ma zostać poprawiona, a po trzecie wreszcie, nie miałem wiele do stracenia, bo mój komputer już pod poprzednim systemem działał w sposób, powiedzmy to uczciwie, niespełniający oczekiwań nawet mało wymagającego użytkownika. Skoro tak, to uznałem, że instalacja kolejnej wersji zaszkodzi mi w minimalnym stopniu, a czytelnikom Tyfloświata być może dostarczy interesującej lektury.

Miłe zaskoczenie

Zaczęło się okropnie. W odróżnieniu od poprzednich wersji, komputer po instalacji nowego systemu przestał gadać, a włączenie lub wyłączenie VoiceOvera okazało się zwyczajnie niemożliwe. Musiałem więc poprosić żonę, by pomogła mi dokończyć konfigurację, ale nawet wtedy głos komputerowi nie powrócił. Dopiero ponowne uruchomienie systemu przywróciło porządek świata. Po przeanalizowaniu prawdopodobnych przyczyn takiego zachowania uważam, że system nie był winien. Co więcej, powtórzyłem procedurę instalacji, żeby zobaczyć, gdzie tkwi problem, ale tym razem połączyłem z komputerem moją linijkę brajlowską. Okazało się, że wprawdzie mowę diabli wzięli, ale brajl działa i wszystko co należy, z przywróceniem syntezy mowy włącznie, da się na komputerze zrobić. Może należało dopracować procedurę uruchamiania głosów kompatybilnych z czytnikiem ekranu i w razie wykrycia w systemie starego, niekompatybilnego głosu, podmienić go nowym już podczas pierwszego uruchamiania nowego systemu, bo przecież nie każdy niewidomy użytkownik Maca ma do dyspozycji monitor brajlowski, a wreszcie nie każdy zna brajla, ale, nie będąc programistą, nie jestem w stanie powiedzieć, na ile takie rozwiązanie jest technicznie wykonalne.

Czemu więc miłe zaskoczenie? Przyczyn jest kilka.

Najważniejsza dla mnie to zauważenie wielojęzyczności użytkowników czytnika ekranu. High Sierra wprowadza automatyczną zmianę języka syntezatora mowy oraz automatyczną zmianę tablicy brajlowskiej w zależności od czytanego tekstu. Należy oczywiście zadeklarować języki spośród których chcemy wybierać język czytanej treści, czyli mówiąc prościej w ustawieniach VoiceOver włączyć nasze języki robocze. Wprawdzie automatyczna zmiana języka działa tylko w przeglądarce internetowej, ale tak czy inaczej, jest to krok w bardzo dobrym kierunku. Dodajmy, że wreszcie można ustawiać niezależnie od siebie parametry pracy poszczególnych głosów syntetycznych. To ostatnie z pewnością ucieszy osoby chcące korzystać z Maca podczas nauki języków obcych. Porównując omawiany mechanizm z tym, z którego korzystają użytkownicy JAWS czy NVDA muszę jednak powiedzieć, że w środowisku Windows, przynajmniej na razie, wielojęzyczność działa znacznie lepiej.

Po drugie przeglądarka plików PDF zaczęła obsługiwać nawigację w tych plikach w sposób zbliżony do tego, który znamy z podobnych aplikacji w Windows. Kolejna przyjemna zmiana na lepsze to sposób działania systemowej poczty e-mail. Znowu możliwe jest dość komfortowe czytanie wiadomości.

Podsumowując

Jeśli macie maszynę od Apple’a, jeśli chcecie korzystać z niej, używając systemowego czytnika ekranu, to High Sierra jest dla was. Syntezatory stały się w sposób istotny bardziej responsywne, w wielu aplikacjach poprawiono współpracę z VoiceOver, a samo oprogramowanie działa jakby lżej. Mój skazany na odejście do historii komputer po instalacji nowego systemu stał się znów maszyną, której będę z powodzeniem używał.

Damian Przybyła

Niezbędnik niewidomego krótkofalowca

 

Na łamach Tyfloświata pisaliśmy już o tym, jak, będąc osobą z dysfunkcją wzroku, wybrać sobie odpowiednie do naszych potrzeb i ograniczeń urządzenie nadawczo-odbiorcze. Ale, że obecnie praktycznie żadne urządzenie w otoczeniu człowieka nie istnieje bez aplikacji wspomagających jego obsługę lub wzbogacających jego funkcje, uznaliśmy za rozsądne zaproponować czytelnikom omówienie kilku programów, które ułatwią radioamatorowi z dysfunkcją wzroku uprawianie swojego hobby. Poniżej omówimy kilka wybranych aplikacji dla krótkofalowców. Lista nasza nie jest kompletna, obejmuje jedynie aplikacje dla systemu Windows. Nie wyczerpuje ona także wszystkich zastosowań aplikacji komputerowych czy mobilnych, które krótkofalowcy mogliby uznać za pożyteczne. W wyborze naszym kierowaliśmy się zestawem funkcji oferowanych przez omawiane aplikacje, lecz kryterium podstawowym była ich kompatybilność z czytnikami ekranu. Z tego m.in. powodu odpadły z poniższego omówienia programy takie jak np. mapy propagacji fal radiowych, analizatory widma stosowane przy tworzeniu konstrukcji radiowych czy anten lub programy do przesyłania drogą radiową obrazów czy informacji w taki sposób, że odbiera się je w postaci grafiki.

Klasyfikacja oprogramowania radioamatorskiego

Programy, o których tu mowa możemy podzielić na kilka kategorii:

  1. Programy do prowadzenia dzienników łączności tzn. zwykłych (general logs) i programy do prowadzenia dzienników łączności w zawodach sportowych (contest logs).
  2. Programy edukacyjne – do tej kategorii zaliczymy programy do nauki alfabetu Morse’a, Odbiorniki wirtualne dostępne jako aplikacje webowe np. przez stronę http://www.websdr.org i emulatory propagacji fal radiowych – np. serwis Hamsfere.
  3. Oprogramowanie do prowadzenia łączności radiowych lub do internetowej komunikacji radioamatorskiej – DigiPan i Echolink.
  4. Wreszcie oprogramowanie umożliwiające sterowanie naszym urządzeniem radiowym i integrujące naszą radiostację z całym amatorskim środowiskiem pracy. Przykładem tego ostatniego jest Hamradio Delux.

Dzienniki łączności

Dziennik łączności radiowych, kiedyś papierowy, był dokumentem, który musiał prowadzić każdy radioamator. Obecnie, gdy istnieje tak wiele różnych metod komunikowania się, a łączność radiowa stała się przede wszystkim ciekawym hobby, nikt już nie wymaga prowadzenia takich dzienników. Radioamatorzy prowadzą je jednak po to, by w ten sposób dokumentować swoje osiągnięcia, zbierać potwierdzenia dokonania łączności radiowych wymaganych dla uzyskania nagród, dyplomów czy określenia, które miejsce w zawodach zajęła stacja identyfikowana znakiem, dla którego stworzono taki dziennik pracy. Dzienniki łączności prowadzi się także dlatego, że aktywność stacji radiowej może w pewnych okolicznościach (np. zbyt duża moc, źle wykonana instalacja antenowa lub antena źle dobrana do pasma, w którym pracuje) być uciążliwa dla otoczenia poprzez powodowanie zakłóceń odbioru sygnału telewizyjnego lub radiowego. Mając dziennik łączności, jesteśmy w stanie udowodnić, że nie nasza stacja powoduje zakłócenia, na które skarżą się sąsiedzi.

Prowadzenie elektronicznych dzienników pracy ma swoje oczywiste korzyści. Łatwiej przeszukuje się cyfrową bazę danych niż jej papierowy odpowiednik. Dziennik elektroniczny pozwala na łatwe tworzenie zestawień w rodzaju: liczba łączności na paśmie, liczba łączności z wybranym krajem, liczba i rodzaj łączności wymaganych dla dyplomu lub nagrody itd.

W zawodach sportowych np. bardzo ważne jest by wiedzieć, czy z jakąś stacją mieliśmy już łączność podczas zawodów czy też nie. Duplikaty kontaktów w większości zawodów nie są zaliczane do punktacji. Zadanie to w przypadku dziennika papierowego można wprawdzie określić jako wykonalne, ale usunięcie duplikatów możliwe jest dopiero wtedy, gdy przeglądamy zapis naszej aktywności po zakończeniu zawodów.

A oto lista przykładowych programów do prowadzenia dziennika łączności:

  1. N1MM (contest logger) (kiedyś znany jako n1mm classic lub tylko n1mm), teraz znany także jako n1mmplus,
  2. AClog,
  3. WSlog,
  4. XMlog.

N1mm+ i wariację

Program N1mm+, dawniej znany jako N1mm classic, to jeden z najpopularniejszych i najpotężniejszych dzienników do zapisywania łączności krótkofalarskich podczas zawodów sportowych. Wśród widzących użytkowników program jest znany jako bardzo skomplikowany. Na pierwszy rzut oka opinia taka może zniechęcać, ale trzeba powiedzieć, że ten, być może, trudny w konfiguracji i używaniu program oferuje swoim użytkownikom bardzo rozbudowane funkcje i nawet najbardziej wymagający użytkownicy nie powinni mieć powodu do narzekania. Od momentu powstania pierwszej wersji program był dostępny z czytnikiem ekranu Window-Eyes. Wprowadzenie wersji Plus przyniosło użytkownikom jeszcze większy komfort w tej dziedzinie. Wersja Plus ma piątkę ze względu na pełną dostępność. Wszystkie czytniki ekranu, w tym także NVDA, są wspierane. Wygląda na to, że autor programu, zauważając zmiany dotyczące czytników ekranu, wziął je pod uwagę. To rzadki i niewątpliwie zasługujący na pochwałę przypadek zachowania twórcy aplikacji mainstreamowej.

Instalacja programu nie należy do prostych. Dokonujemy jej w dwóch krokach. Najpierw trzeba pobrać bazowy instalator, dokonać instalacji, a potem zainstalować aktualizację zbiorczą dostępną po uruchomieniu programu. W najnowszej wersji konfigurator programu stał się prostym i dostępnym dla NVDA, co oznacza, że bez dodatkowej konfiguracji czytnika ekranu będziemy w stanie przejść przez kreatora ustawień programu N1mm+. Oprócz swych funkcji podstawowych, program posiada też możliwość kontroli urządzeń radiowych, a także możliwość kontroli rotora antenowego. Działania tej funkcji oraz jej dostępności autor niestety nie sprawdził, a to z powodu braku stosownego sprzętu.

Jakkolwiek sterowanie transceiverem czy rotorem antenowym z komputera jest bardzo wygodne, to omawiany program nie wymaga posiadania specjalnych urządzeń umożliwiających korzystanie z powyższych funkcji. Jako baza danych może być wykorzystywany bez żadnego dodatkowego sprzętu.

Zainteresowani mogą omawiany program pobrać ze strony:

https://n1mm.hamdocs.com/

WSlog

White Stick log, jak sama nazwa wskazuje, to program napisany specjalnie dla niewidomych krótkofalowców. Autorem programu jest Don - G0MDO. Program jest w pełni dostępny dla czytników ekranu, takich jak JAWS, NVDA lub SuperNova. Jest to proste, choć bardzo skuteczne narzędzie, doskonale nadające się do codziennej aktywności amatorskiej. Polecam go osobom początkującym. Bardzo przejrzysta instrukcja użytkownika oraz minimalistyczny interfejs programu sprawią, że stawianie pierwszych kroków będzie łatwe i przyjemne.

Program można pobrać pod adresem: http://www.easilog.co.uk/whitestick.htm

XMlog

Xmlog to rozbudowany program przeznaczony do prowadzenia dziennika codziennej aktywności stacji radioamatorskiej. Z poziomu programu można kontrolować parametry pracy transceivera. Obok zwykłej funkcji bazy danych, program daje użytkownikowi możliwość kontroli swej aktywności pod kątem spełniania warunków koniecznych do uzyskania dyplomów krótkofalarskich, takich jak WAZ, WAC lub WAS, a także DXCC. Program posiada możliwość nadawania alfabetem Morse’a tekstu pisanego na klawiaturze komputera. Funkcja przydatna, gdy nie posiadamy klucza do nadawania morsem. W praktyce omówioną funkcję traktowałbym jako ciekawostkę, ponieważ niewiele urządzeń i to takich, które zaliczylibyśmy do droższych, daje możliwość nadawania w ten sposób. Ciekawą funkcją programu jest wbudowana możliwość współpracy z serwisem DX cluster. Gdy posiadamy transceiver, którym można sterować z poziomu komputera, w łatwy sposób przestroimy urządzenie tak, by usłyszeć i przy odrobinie szczęścia zrobić łączność z rzadko spotykaną na pasmach amatorskich, a tym samym bardzo poszukiwaną przez krótkofalowców stacją radiową.

Program XMlog dostępny jest z czytnikami ekranu JAWS i NVDA. Można go znaleźć pod adresem: www.xmlog.com/

Programy edukacyjne

WS morse

WS Morse to program napisany przez autora omówionego powyżej programu WS log. Jest to łatwy program do uczenia się alfabetu Morse’a. W prostych lekcjach umożliwia opanowanie tegoż alfabetu z oferowanymi losowo generowanymi ćwiczeniami. Można odbierać słowa nadawane ze zmienną szybkością oraz regulować liczbę tzw. standardowych słów nadawanych w ciągu minuty (WPM). Słowo standardowe ma zawsze pięć znaków. Mogą to być cyfry, litery, znaki interpunkcyjne lub kombinacje znaków z powyższych grup. Po podłączeniu do komputera zewnętrznego klucza elektronicznego lub sztorcowego program pozwala na ćwiczenie nadawania.

Program jest dostępny pod adresem: http://www.easilog.co.uk/morse.htm

Na stronie programu znajdziemy wersję Wdmorse dla użytkowników widzących, a także dostępną pod nazwą WSmorse wersję napisaną specjalnie z myślą o użytkownikach czytników ekranu.

G4FON Koch Trainer

Podobnie jak WS Morse, G4FON Koch Trainer to programem do nauki alfabetu Morse’a.

Program jest nieco bardziej skomplikowany, ale możliwości jego są także większe. Obok regulacji szybkości nadawania mamy do dyspozycji odbieranie ze sztucznie zaszumionego sygnału, słuchanie sygnału o zmiennej sile, czyli tzw. zanikającej stacji, czy wreszcie słuchanie sygnału z uszkodzonego nadajnika lub sygnału od operatora, który brzydko nadaje. Metoda nauki proponowana przez autora programu wymaga sporego wysiłku, ale jeśli już zdobędziemy się na ten wysiłek, w stosunkowo krótkim czasie opanujemy umiejętność szybkiego lub bardzo szybkiego odbierania tekstu nadawanego alfabetem Morse’a.

Program jest dobrze dostępny z NVDA, choć w kilku miejscach wymaga korzystania z nawigacji obiektowej. Można go pobrać pod adresem: http://www.g4fon.net/

Odbiorniki wirtualne

O serwisach WebSDR [A1] i GlobalTuners [A2] pisał już dla Tyfloświata Patryk Faliszewski. W tym miejscu wypada tylko powiedzieć, że są one doskonałym narzędziem dla początkujących radioamatorów. Zanim weźmiemy mikrofon do ręki, ważne jest, byśmy nauczyli się, w jaki sposób przeprowadzić poprawną łączność radiową, byśmy poznali panujące na pasmach obyczaje, a przy okazji nauczyli się coś niecoś o propagacji fal radiowych.

O ile serwisy opisywane przez Patryka Faliszewskiego są bardzo dobrze dostępne, o tyle doskonałe pod względem merytorycznym narzędzie, jakim jest Hamsphere, pod względem dostępności nie należy do idealnych. Zaletą tego serwisu jest, że aplikacje do jego obsługi zostały stworzone praktycznie na wszystkie używane powszechnie platformy, tak mobilne, jak i desktopowe. Aplikacje do obsługi tego serwisu możemy instalować bez żadnego ryzyka, ponieważ mamy do dyspozycji trzydziestodniowy okres próbny. Dopiero po jego upływie korzystanie z Hamsphere jest płatne. Więcej informacji o Hamsphere można znaleźć pod adresem: http://hamsfere.com/

Programy do komunikacji amatorskiej

DigiPan

Łączność radiową zwykle kojarzy się z używaniem mikrofonu lub klucza telegraficznego. Tak rzeczywiście było w początkach radia. Należałoby właściwie powiedzieć, że wszystko zaczęło się od klucza, bo przecież mikrofon i przesyłanie głosu, to osiągnięcie o kilkanaście lat późniejsze niż skuteczna łączność radiowa. Gdy tylko opanowano przesyłanie sygnałów na odległość, rozpoczęły się poszukiwania sposobu na przesyłanie czegoś więcej niż tylko prosty przekaz z użyciem klucza telegraficznego. Stworzono tzw. radio dalekopis (emisja ta jest używana do dziś, a zainteresowani mogą dowiedzieć się więcej na ten temat wpisując w wyszukiwarkę RTTY), a następnie, gdy komputery zadomowiły się w naszym życiu na dobre, rozpoczęto poszukiwania sposobu przesyłania sygnałów cyfrowych na odległość. Tak powstała radiowa łączność modemowa. Protokół tej łączności obecnie ma już chyba jedynie znaczenie historyczne. Powiemy więc, że oprogramowanie do jego obsługi było dobrze dostępne dla niewidomych tak w systemie DOS, jak i w Windows, zaś zainteresowanych tematem zachęcimy do wpisania w wyszukiwarkę frazy Packet Radio.

Rozwój cyfrowych sposobów łączności służył poprawie skuteczności przekazywania informacji. Radioamatorzy opracowali emisje, które z jednej strony wykorzystywały bardzo wąski fragment pasma do przesyłania tekstu, a z drugiej umożliwiały przekazywanie go na duże odległości przy użyciu bardzo małych mocy nadajnika. Emisje PSK 31 i PSK 63 w swoich nazwach zawierają informację o szerokości kanału potrzebnego do nawiązania połączenia. Jest to odpowiednio 31 i 63 herce (stacja nadająca standardową emisją FM używaną przez zwykłe stacje radiofoniczne na falach ultra krótkich potrzebuje co najmniej 100 kHz). Do odbioru emisji PSK potrzebny jest nam komputer z kartą dźwiękową, odbiornik mający możliwość odbierania stacji nadających modulacją jednowstęgową SSB lub jeszcze lepiej CW, kabel do połączenia gniazda słuchawkowego w odbiorniku z wejściem mikrofonowym naszej karty dźwiękowej i program, który tak otrzymany sygnał przetworzy na tekst, wyświetlany na monitorze. W przypadku braku kabla do połączenia urządzeń do eksperymentowania z emisjami cyfrowymi można użyć mikrofonu, który przyłożymy do głośnika naszego radia. Jak widać wymagania nie są zatem zbyt wielkie.

DigiPan to program darmowy. Interfejs jest dostępny, choć trzeba przyznać, że odbieranie łączności radiowych może być początkowo trudne. Przez ekran przelatuje wiele rozmów, a do ich odczytywania będziemy potrzebować kursora wirtualnego. JAWS radzi sobie z tym dość dobrze, NVDA niestety nieco gorzej. Program można pobrać pod adresem: http://www.digipan.net/

Emisji służących do nawiązywania łączności cyfrowych jest bardzo wiele. Oprogramowania do ich obsługi jeszcze więcej i z pewnością nie wyczerpaliśmy tutaj tematu.

Echolink

Na koniec wypada jeszcze omówić radioamatorską formę komunikacji hybrydowej. To sieć, a właściwie sieci, ponieważ takich sieci jest kilka, a my omówimy tutaj jedynie tę najbardziej popularną i w stu procentach dostępną. A zatem… To sieć, w której łączności odbywają się drogą radiową, ale łączność jest wspierana warstwą internetową.

Echolink, bo o nim mowa, zbudowany jest z otwartych na sygnały radiowe węzłów, które wymieniają między sobą informacje za pośrednictwem połączenia internetowego. Do części węzłów można łączyć się, używając radiostacji amatorskiej, nadającej na falach ultra krótkich. Część węzłów otwarta jest tylko na połączenia internetowe. Jednakże wszystkie węzły, które są otwarte na sygnał radiowy mają także możliwość przyjmowania połączeń z Internetu. Do korzystania z sieci Echolink służy aplikacja o takiej samej nazwie, dostępna pod adresem http://www.echolink.org..

Uwaga! Do korzystania z tej aplikacji posiadanie licencji radioamatorskiej jest bezwzględnie wymagane. Aplikacja spełnia wymogi dostępności na platformach mobilnych Android i iOS oraz w systemie Windows.

Zwonimir Staneczić

 


[A1]Podlinkuj proszę w tym miejscu tekst Patryka

Faliszewskiego, który ukazał się na naszym portalu

[A2]Tu analogicznie proszę o dodanie odnośnika do tekstu z naszego serwisu

Lire - nowości w wersji 3.0

 

Program Lire jest dobrze znany wielu niewidomym użytkownikom mobilnych urządzeń firmy Apple. Szczegółowo omawiałem go zresztą na łamach pierwszego tegorocznego numeru Tyfloświata - Tyfloświat 1 (34) 2017. Przypomnę tylko, że jest to zaawansowany czytnik kanałów RSS, który jest w pełni dostępny, a więc dobrze działa ze screenreaderem VoiceOver, umożliwia wyświetlanie tekstu całego artykułu, zmianę jego wielkości i posiada szereg opcji eksportu. Na początku tego roku w końcu pojawiła się długo oczekiwana nowa wersja Lire, oznaczona numerem 3.0. Pełen wykaz nowości i zmian można znaleźć na podstronie Lire w App Store. Ja skupię się na najważniejszych z nich, przybliżając przy okazji niektóre z aspektów działania aplikacji Lire.

Kopia Kanałów RSS niezbędna przed migracją

Lire zapisuje teraz w nowy sposób swoje dane, tak więc w przypadku, gdy nie korzystaliśmy wcześniej z usługi synchronizującej Feedly, a z domyślnie proponowanego trybu standalone mode, z pewnością utracimy nasze informacje. Aby temu zapobiec, należy wcześniej wyeksportować nasze kanały RSS do pliku OPML, tak by potem móc je po ponownie zaimportować do programu. Polecam jednak synchronizować je z którąś z proponowanych usług, przy czym Feedly wydaje mi się najbardziej popularną, a do tego możemy się do niej zalogować naszym kontem Twitter lub Facebook.

Lire 3.0 - wybrane nowości

Poniżej najistotniejsze modyfikacje, jakie pojawiły się w Lire 3.0:

  • Zmienił się interfejs programu, przy czym zmiany, choć duże, nie są rewolucyjne. Dzięki nim rozkład opcji programu jest bardziej logiczny.
  • Można teraz bez kłopotu otworzyć plik OPML i zaimportować z niego źródła RSS. Program wspiera nowy sposób zapisywania i otwierania, tak więc listę naszych kanałów RSS, zapiszemy np. w iCloud.
  • Pojawiła się możliwość synchronizacji kanałów RSS z różnymi usługami: Feedly, FeedHQ, The Old Reader, Inoreader, BazQux Reader.
  • Twórcy programu uwzględnili nowe czcionki w opcjach wyglądu tekstu.
  • Po ponownym uruchomieniu, Lire kontynuuje uprzednio rozpoczęte działania, a użytkownik znajdzie się w tym miejscu programu, w którym zakończył lekturę (konkretny folder, kanał RSS, albo ich lista).
  • Wprowadzono możliwość skorzystania z dodatkowego parsera tekstu (Mercury Web Parser), gdyby domyślne odczytanie całego tekstu stało się niemożliwe. Stosowna opcja znajduje się w menu Share.
  • Program działa znacznie wydajniej, szybciej pobiera artykuły , dzięki czemu większość wielostronicowych artykułów, zostanie wyświetlona na jednej stronie.
  • Można teraz zgłaszać problemy z określonym kanałem RSS, artykułem oraz jego cachingiem (wydobywaniem tekstu do przeczytania). Stosowną opcję “Report a Problem” można znaleźć przy każdym artykule, albo w opcjach kanału RSS.
  • Można teraz zdecydować, jak zachowa się przycisk drugi od końca na dole. Do wyboru m.in.: Instapaper, Pocket, Lista, Czytelnia i Star (oznacz gwiazdką).
  • Możliwość konfiguracji gestów “Przesuń w lewo” - “Przesuń w prawo”, które, używając VoiceOvera, realizujemy korzystając z pokrętła. Jeden z nich pozwoli nam na oznaczenie nieprzeczytanych artykułów, a dzięki drugiemu możemy już z poziomu pokrętła i nieotwartego artykułu, oznaczyć go gwiazdką, albo wysłać do usługi typu Pocket itp.
  • Poprawiono opcje VoiceOver, dzięki którym można ustawić, co i kiedy program ma odczytywać.
  • Dodano możliwość wyszukiwania i subskrybcji określonych słów w Google News i Bing News.

Czy warto?

Duża i niespodziewana aktualizacja programu Lire do wersji 3. to ogromny krok w jego rozwoju. Działa on teraz bardzo sprawnie i wydajnie. Aktualizację bardzo polecam, choć u mnie akurat pojawił się poważny problem, o którym poniżej.

Niestety Lire nie działa zawsze i wszędzie

Od pojawienia się Lire w wersji 3.0 wielu użytkowników sygnalizowało problemy z działaniem aplikacji. Stąd początkowe jej częste aktualizacje, które miały rozwiązać problemy synchronizacji z Feedly oraz innymi dostawcami. I gdy zdawało się już działać dobrze, pojawił się dziwny problem, który nie wiadomo dlaczego wystąpił akurat u mnie i być może większej liczby użytkowników. Lire na moim iPhonie 7 po prostu przestał działać. Uruchamia się, pobiera kanały, a następnie zamyka. Dlaczego tak jest? Nie wiadomo. Pytałem, testowałem rozmaite scenariusze: praca z Feedly, bez Feedly, restart aplikacji, jej ponowna instalacja, zmiana ustawień rozmaitych opcji itp. Niestety! Wszystko na nic! Program przestał być funkcjonalny. W obliczu takiego stanu rzeczy musiałem poszukać czegoś innego.

Feeddler - darmowy i dobrze działający czytnik RSS dla iOS

Ci, dla których Lire jest zbyt drogi, albo którzy poszukują darmowej i działającej z VoiceOverem aplikacji do obsługi kanałów RSS, mogą teraz spokojnie zainstalować program o nazwie Feeddler. Program występuje też w wersji Pro, niestety jako osobna równoległa aplikacja i wówczas pozwala na więcej sposobów synchronizacji i wyszukiwanie RSS po słowach kluczowych. Niestety, z wyszukiwaniem kanałów RSS mam problem, za to inne funkcje aplikacji, synchronizacja z Feedly oraz czytanie treści działają bardzo dobrze. Program nie jest aż tak rozbudowany jak Lire, nie pozwala np. na pobieranie artykułów do E-Pub i Mobi, ale inne swoje zadania realizuje należycie. Jakąś niedogodność stanowić może niemożność obsługi płatnych serwisów posiadających PayWalla. Nie udało mi się zmusić Feeddlera do współpracy z serwisem Gazety Wyborczej, Tygodnika Powszechnego i kilku innych. Mimo to aplikację jak najbardziej polecam. Jej szczegółowa prezentacja znajdzie się też na łamach serwisu Tyflopodcast.

Michał Kasperczak

Nowa wersja Firefoxa a czytniki ekranu

 

14 listopada światło dzienne ujrzała nowa wersja przeglądarki Mozilla Firefox (oznaczona numerem 57, pod nazwą kodową Quantum). Zastosowany tam nowy silnik interpretujący kod HTML i JS pozwalać ma, zgodnie z założeniami twórców, na znacznie więcej. Niestety, przynajmniej na razie odbywa się to kosztem czytników ekranu, a w szczególności JAWS-a.

Co właściwie się zmienia?

Zanim przejdziemy do konkretnych informacji na temat poszczególnych czytników ekranu i ich problemów z nowym Firefoxem, warto zapoznać się z jednym z nowszych artykułów, jaki na swoim blogu umieścił Marco Zehe, jeden z pracowników Fundacji Mozilla zajmujących się zagadnieniami dostępności. Wynika z niego jasno, że koncepcja wirtualnego bufora, którą wszyscy doskonale znamy z programów odczytujących ekran przechodzi powoli do historii. Wirtualne bufory nie funkcjonują w systemach GNU Linux, nie używa ich także Apple w swoich mobilnych, jak i desktopowych systemach operacyjnych. Zawartość strony HTML jest wczytywana i interpretowana przez program odczytu ekranu partiami, we ścisłej współpracy z przeglądarką internetową. Obecnie właśnie w ten sposób działa Microsoft Edge w systemie Windows 10, bo to właśnie w tej przeglądarce Microsoft wyłączył mechanizm bezpośredniej interakcji z czytnikiem ekranu, zamiast tego wszystko realizowane jest przez pośrednika, jakim w tym przypadku jest mechanizm UIA. Jak powszechnie wiadomo, im więcej pośredników, tym większa szansa na popełnienie błędów, czego dowodem może być choćby fakt, że przeglądarka Edge nie cieszy się wielką popularnością wśród niewidomych. Istnieje jednak duża szansa na poprawę tego stanu rzeczy, choćby przez to, że nad opracowaniem nowych mechanizmów i standardów czuwać będą ludzie specjalizujący się w dostępności od lat, a jednym z nich będzie James Teh, który z fundacji NV Access przechodzi do Fundacji Mozilla.

Nowa wersja Firefoxa nie porzuca jeszcze wprawdzie koncepcji wirtualnych buforów, jednak zmiany, jakie zostały dokonane w rdzeniu przeglądarki, powodują, że ładowanie stron internetowych i ich interpretacja przez programy odczytu ekranu działa znacznie wolniej. Sytuacja ma zostać poprawiona w kolejnych wersjach, znacznie lepiej ma być już w kolejnych wersjach przeglądarki, więc prawdopodobnie w okolicy 60-tej wersji Ognistego Lisa sytuacja wróci do normy.

Co zrobić teraz?

W przypadku NVDA można zaryzykować aktualizację do wersji 57. Strony wczytują się zdecydowanie wolniej, ale przeglądarka jest używalna. Freedom Scientific na swoim blogu zdecydowanie odradza aktualizację. Jonathan Mosen informuje, że najnowsza wersja Firefoxa działać będzie tylko i wyłącznie z najnowszą wersją JAWSa, ale i to działanie będzie obarczone znacznym spowolnieniem.

Firefox ESR tymczasowym rozwiązaniem problemów

Wszystkim, dla których Firefox jest podstawową przeglądarką, zalecamy instalację wersji ESR, która dedykowana jest firmom i posiada rozszerzone wsparcie techniczne.

Wersję tę można pobrać ze strony https://www.mozilla.org/en-US/firefox/organizations/all/ Ze znajdującej się tam tabeli należy wybrać Polish i odpowiednią dla nas wersję systemu operacyjnego. Miejmy nadzieję, że do zakończenia wsparcia wersji ESR, które będzie miało miejsce w drugim kwartale przyszłego roku, sytuacja z Firefoxem wróci do normy i użytkownicy czytników ekranu będą mogli cieszyć się taką, jak wcześniej, a może i większą płynnością pracy.

Michał Dziwisz

Tłumaczenie wspomagane komputerowo z punktu widzenia praktyka

 

Jakiś czas temu ukazał się na łamach Tyfloświata tekst na temat oprogramowania wspomagającego tłumaczy w pracy, a mianowicie narzędzia Fluency.

Jako tłumacz z wykształcenia, praktykujący w swoim wyuczonym zawodzie od czasu do czasu, wiem, jak praca tłumacza bywa żmudna i czasochłonna. A gdyby tak udało się chociaż trochę ją udoskonalić i przyspieszyć?

Podczas studiów, już jakiś czas temu, uczyłam się o tak zwanym tłumaczeniu maszynowym, które jednak nie zastąpi nigdy człowieka, ale może go znacznie wspomóc.

Słyszałam, że są takie programy, ale nie wiedziałam, czy współpracują z programami odczytu ekranu i czy będę mogła z nich korzystać. Szukałam, pytałam, zapisałam się w końcu na międzynarodową listę dyskusyjną dla niewidomych i słabowidzących tłumaczy i tam dowiedziałam się, że moi koledzy w zawodzie korzystają z takich narzędzi i że znacznie ułatwia i przyśpiesza to ich pracę. Skoro oni mogą, to dlaczego nie ja? Cóż szkodziło spróbować?

Wiedziałam, że program jest płatny. Ale po wejściu na stronę producenta, okazało się, że mogę sobie pobrać bezpłatnie wersję testową, a gdy zdecyduję się na zakup, to przysługuje mi darmowa sesja szkoleniowa z pracownikiem firmy. Brzmiało nieźle.

Czy to możliwe, może to jakiś chwyt marketingowy? Trzeba było sprawdzić. Pobrałam więc próbną, darmową wersję programu, zainstalowałam i zaczęłam się przyglądać.

Po krótkim czasie okazało się, że menu programu jest czytelne, co najważniejsze współpracuje z programem odczytu ekranu, w moim przypadku z NVDA, posiada specjalne ustawienia dostępności, dzięki którym można korzystać z odpowiednich skrótów klawiszowych do sterowania programem.

Najpierw próbowałam ustawić program samodzielnie, ale ponieważ nie wszystko jeszcze dokładnie wiedziałam, postanowiłam skorzystać z darmowego szkolenia, które odbywa się przez Skype’a i TeamViewera. Jeden program służył nam do komunikacji głosowej, a drugi do komunikacji pomiędzy komputerami, a dokładniej rzecz biorąc, pomagał osobie szkolącej mnie zobaczyć, co dzieje się u mnie na ekranie. Szkolenie odbywało się w języku angielskim, co nie stanowiło żadnego problemu.

Podczas godzinnych zajęć zostały mi objaśnione wszystkie podstawowe funkcje programu takie jak: funkcja dostępności, tłumaczenie automatyczne, przeszukiwanie terminologii oraz słowników internetowych. Po szkoleniu zaczęłam podejmować próby samodzielnej pracy z programem.

Jak się zorientowałam, praca nad tekstem przy jego pomocy przebiega szybciej i jest bardziej czytelna, a to dzięki temu, że program, po wczytaniu do niego pliku z tekstem, który chcemy tłumaczyć, ustawieniu języka źródłowego i docelowego, dzieli tekst na tak zwane segmenty i podaje do tłumaczenia po kolei, jeden po drugim.

Gdy zaczynamy pracę z programem i wczytamy do niego tekst, nad którym chcemy pracować, na ekranie pojawiają się trzy okna, znajdujące się jedno obok drugiego. W pierwszym jest nasz tekst źródłowy, w drugim – środkowym tekst, który powstaje w wyniku naszej pracy, a w trzecim - po prawej okno z miejscem do tłumaczenia.

Bardzo wygodne jest to, że pomiędzy oknami można poruszać się skrótami klawiaturowymi, ale nie ma takiej potrzeby, ponieważ, znajdując się w oknie do tłumaczenia tekstu, możemy przy pomocy skrótów dostępności przeczytać sobie fragment do tłumaczenia, bez konieczności przemieszczania tam kursora. Tak więc odsłuchujemy fragmencik tekstu odczytany mową syntetyczną, tłumaczymy w głowie, wpisujemy wynik do okienka tłumaczenia i gdy jesteśmy usatysfakcjonowani naszym dziełem, naciskamy Enter. W ten sposób program przenosi nas do następnego fragmentu tekstu do tłumaczenia. I tak w kółko, aż nie skończy się nam tekst. Gdy tak naciskamy Enter, po przetłumaczeniu każdego fragmentu, tak zwanego segmentu, to w naszym środkowym oknie program sam zamienia tekst w języku źródłowym, na tekst w języku docelowym.

W oknie tłumaczenia mamy możliwość poruszania się pomiędzy kolejnymi segmentami tekstu i ich ewentualnego poprawienia, a po naciśnięciu klawisza Enter nasza poprawka lub jakaś inna zmiana od razu wskakuje do środkowego okna.

Po segmentach możemy wędrować również w oknie, w którym znajduje się tekst źródłowy, aby odnaleźć interesujący nas fragment tekstu, przeskoczyć do okna tłumaczenia i nanieść ewentualne poprawki w tłumaczeniu.

Ta funkcja i układ bardzo mi się podoba, bo jest czytelny i nie trzeba skakać pomiędzy dokumentami. Powiecie, że to żmudna robota, można poprosić program, aby sam przetłumaczył automatycznie cały tekst, a potem poprawiać efekty jego pracy. Zgadza się, ale czasem bywa to jeszcze bardziej pracochłonne niż tłumaczenie własne.

W programie znajduje się również okno, w którym aplikacja podaje propozycję tłumaczenia tekstu słowo w słowo i czasem można je prześledzić, aby sprawdzić, co program proponuje. Ponieważ zwykle korzysta on z tłumaczy internetowych, propozycje należy zawsze weryfikować. Nasz program może przeszukiwać również wyznaczone mu przez nas ulubione słowniki internetowe. Ponadto, gdy sami jesteśmy ekspertami w jakiejś dziedzinie i znamy dobrze terminologię, po zakończeniu tłumaczenia, możemy wstawione przez nas do tekstu terminy, zapisać w programie. Gdy następnym razem program napotka jakiś znany sobie termin, automatycznie wstawi go do tłumaczenia. A to, trzeba przyznać, już jest coś - wielka pomoc.

Gorąco polecam to narzędzie wszystkim tłumaczom, zarówno tym, którzy zajmują się tłumaczeniami zawodowo, jak i tak zwanym wolnym strzelcom. Praca z tym programem jest przyjemna i szybka, choć należy pamiętać o tym, że nic nie zastąpi naszego myślenia ani profesjonalizmu. Program ten sprawi, że tłumacz o wiele szybciej upora się z kilkustronicowym tekstem, a zleceniodawca ma ogromne szanse na rychłe otrzymanie wykonanego zlecenia. Terminowe oraz fachowe wykonywanie przez tłumacza zleceń sprawi, że wyrobi on sobie markę i będzie miał stałe wpływy na swoim koncie bankowym.

Agnieszka Pelczarska

Mobilny MS Outlook - ważne maile w zasięgu ręki

 

Poczta elektroniczna jest z nami już od kilkudziesięciu lat. Początkowo była ona domeną naukowców, którzy mimo dzielącej ich odległości dzięki e-mailom mogli utrzymywać ze sobą wygodny kontakt. Wraz z upowszechnieniem się Internetu, e-maile zaczęły stawać się coraz popularniejszą formą wymianą korespondencji, zarówno prywatnej, jak i biznesowej. W dzisiejszych czasach trudno wyobrazić sobie nawet najmniejszą firmę z dowolnej branży bez skrzynki e-mail. Zalew elektroniczną korespondencją zmusza nas bardzo często do sięgania po narzędzia, które pozwolą nam zapanować nad tym chaosem, a jest to potrzebne szczególnie w sytuacji, jeśli odpisywanie na e-maile to część naszej pracy. Programy pocztowe to jedne z najstarszych narzędzi internetowych. Są starsze od stron WWW.

Z upływem lat ewoluowały od tekstowych, takich jak Mail czy Pine, do graficznych, jak Thunderbird, The Bat! czy Becky, by w końcu znaleźć miejsce w naszych urządzeniach mobilnych.

Telefon mamy zawsze przy sobie, więc, będąc niejako na elektronicznej smyczy, często odpowiadamy na maile w drodze, podróży, a jeśli nawet nie odpowiadamy, to szybko zapoznajemy się z ich treścią. Sposób korzystania z poczty elektronicznej zmienił się wraz z upływem lat. Sam pamiętam doskonale połączenia z numerem dostępowym 0202122 i oczekiwanie, ileż to nowej korespondencji spłynie tym razem do mojej, pozwalającej pomieścić 3 MB wiadomości, skrzynki pocztowej w nieistniejącym już serwisie bezpłatnych kont e-mail KKI. Wtedy nawet spamy były interesujące. W końcu ktoś do nas napisał i to jeszcze po angielsku! Może to coś ważnego? Obecnie staram się filtrować moją elektroniczną korespondencję na ile to możliwe i skupiać się tylko na tych mailach, które w danym momencie są istotne. Wielkie zasługi ma w tym bohater dzisiejszego artykułu, program MS Outlook. Nie będę jednak pisał o desktopowej wersji tego programu, a o wersji mobilnej, która w moim przypadku zastąpiła domyślną aplikację Mail w systemie iOS. Właśnie, skoro o tym mowa dodam od razu, że skupię się na interfejsie Outlooka dla mobilnego systemu Apple. Jeśli ktoś jest zainteresowany również wersją dla Androida, zachęcam do wysłuchania prezentacji audio w serwisie tyflopodcast.net, w której z Pawłem Masarczykiem omówiliśmy ten program dość wyczerpująco.

Cztery zakładki, a pierwsza najważniejsza

Główne okno programu to cztery zakładki, pozwalające nam dotrzeć do wszystkich istotnych elementów Outlooka

  • Poczta – najistotniejsza zakładka, tu właśnie przeglądać będziemy nasze skrzynki mailowe.
  • Kalendarz – tu trafią subskrybowane przez nas kalendarze z różnych źródeł, takich jak Facebook, nasze konta Gmail i inne, które oferują kalendarze, oraz konto iCloud, jeśli je podepniemy.
  • Pliki – tu znajdziemy załączniki z wiadomości, jakie trafiają na nasze różne konta e-mail.
  • Kontakty – tu znajdują się nasze kontakty, zakładka pokazuje coś tylko w sytuacji, kiedy podpięte mamy konto iCloud lub inne, oferujące usługę katalogową.

Konfiguracja konta e-mail

Pierwszym krokiem po uruchomieniu MS Outlooka jest skonfigurowanie naszego konta poczty elektronicznej. W tym celu, w pierwszym oknie kreatora wybieramy typ konta, które chcemy dodać. Outlook bowiem, oprócz możliwości dodawania standardowych kont e-mail, pozwala na podłączenie tzw. kont magazynowych. Takie konta to nic innego, jak popularne sieciowe dyski takie jak dysk Google czy Dropbox. Jeśli zdecydujemy się na dodanie konta mailowego, w kolejnym oknie podajemy nasz adres e-mail. Jeśli korzystamy z popularnego dostawcy kont takiego jak Gmail, WP, Interia czy O2, adresy serwerów IMAP czy SMTP zostaną dobrane automatycznie. W przypadku np. naszego konta służbowego będziemy musieli zapytać administratora naszej poczty o kilka istotnych danych, takich jak adresy serwerów, protokoły komunikacyjne, czy rodzaje zabezpieczeń. Niestety zdarza się, że Outlook nie radzi sobie niekiedy z mniej typowymi konfiguracjami. W takim przypadku pozostaje nam uzbroić się w cierpliwość i skontaktować się z pomocą techniczną (usługa dostępna w języku angielskim), która rozwiąże nasze problemy. Sam miałem kłopot ze skonfigurowaniem jednej z moich służbowych skrzynek pocztowych i wsparcie MS Outlook okazało się bardzo kompetentne w tej kwestii.

Gdy nasz pocztowy arsenał składa się z więcej, niż jednego konta e-mail, dotarcie do opcji pozwalającej na dodanie kolejnej skrzynki jest nieco zagmatwane, ale spokojnie, tylko za pierwszym razem. Z zakładki Poczta musimy bowiem wybrać przycisk „Pokaż okienko nawigacji”, a następnie odszukać przycisk „Ustawienia”, wcisnąć go, a w kolejnym kroku, pod listą naszych skonfigurowanych kont, uaktywnić przycisk „Dodaj konto”, później jest już z górki.

Ustawienia

Skoro już jesteśmy w ustawieniach, zatrzymajmy się tu na moment i sprawdźmy, jak bardzo elastyczny jest mobilny Outlook.

Sekcja poczta

Pierwszy przycisk w tej grupie to „Powiadomienia”, tu decydujemy jak wiele różnego rodzaju powiadomień zaserwuje nam Outlook, możemy również wybrać jeden z dźwięków, informujących o nadejściu nowej poczty. Powiadomienia możemy skonfigurować dla każdego konta z osobna, decydując czy program ma informować nas o każdej wiadomości, o wiadomościach z tzw. priorytetowej skrzynki odbiorczej, to największa zaleta omawianego programu pocztowego, czy też ma przemilczać fakt pojawiania się jakichkolwiek wiadomości na tym koncie.

Kolejny przycisk opisany jest jako „Domyślne”, a przeznaczony jest do wybierania domyślnego konta poczty elektronicznej, z którego będziemy pisać i odpowiadać na wiadomości. Oczywiście, jeśli jakikolwiek mail przyjdzie do nas na inne skonfigurowane w Outlooku konto, wiadomość będąca odpowiedzią na niego zostanie wysłana z tamtej skrzynki chyba, że w trakcie redagowania maila zadecydujemy inaczej.

Kolejny przycisk to „podpis”, w tym miejscu ustawiamy naszą sygnaturkę, która dołączana będzie do każdego e-maila. Sygnaturkę możemy skonfigurować dla każdego konta z osobna, możemy również utworzyć jeden, globalny podpis.

Niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że swego czasu Outlookowi w trakcie aktualizacji zdarzyło się zapomnieć wszelkie poustawiane przeze mnie podpisy, na szczęście obecnie taki problem już nie występuje i miejmy nadzieję, że nie wystąpi.

Kolejny przycisk, „Opcje przesuwania”, pozwala na wybranie tzw. szybkich akcji, do których mamy dostęp z poziomu pokrętła i pozycji czynności. Są to: usuń, archiwizuj, oznacz jako przeczytaną, przenieś, oflaguj, zaplanuj, oznacz jako przeczytaną i archiwizuj, brak.

Czas na bardzo ważny przełącznik - „Priorytetowa skrzynka odbiorcza”. Szczerze mówiąc jest to właśnie ta funkcja, dla której tak bardzo lubię korzystać z mobilnego Outlooka. Dzięki tej inteligentnej skrzynce możemy zdecydować, aby Outlook informował nas tylko i wyłącznie o tych wiadomościach, które będą dla nas istotne. O tym, czy dane wiadomości są ważne będziemy informować program pocztowy, systematycznie ucząc go naszych preferencji i przyzwyczajeń. Obecnie, szczerze mówiąc, już nie pamiętam, kiedy zdarzyła się sytuacja, by Outlook nie poinformował mnie o jakiejś ważnej wiadomości, czasem za to zdarza mu się przepuścić coś, co nie jest w danej chwili istotne. Aby nasz Outlook stał się tak właśnie „inteligentny”, musimy włączyć priorytetową skrzynkę odbiorczą, a w powiadomieniach dla naszych kont wybrać, aby program informował nas tylko o mailach, które wpadną do tej skrzynki.

Kolejny przycisk nosi nazwę „Liczba na wskaźniku” i dotyczy informacji o ilości nieprzeczytanych maili oraz o tym jakie wiadomości mają być uwzględniane w tym liczniku, a co za tym idzie, jaka liczba wiadomości ma być pokazywana na ikonie aplikacji. Możemy tu zadecydować, czy mają w ten sposób być zliczane maile tylko ze skrzynki priorytetowej, czy też ze wszystkich folderów.

Ostatnie pole wyboru poczty elektronicznej nosi nazwę „Organizuj wg wątków”. Możemy dzięki niemu zadecydować, czy maile mają być wyświetlane luzem, czy też w postaci wątków, ta druga opcja jest zdecydowanie wygodniejsza w przypadku dłuższych konwersacji, może jednak w pewnych sytuacjach być kłopotliwa. Czasami zdarza się bowiem tak, że Outlook źle podzieli wiadomości na konkretne porcje w wątku, przez co otrzymujemy bardzo długi, piętrowy twór maili, przez który niezwykle trudno jest się przedostać.

W ten sposób omówiliśmy całą sekcję dotyczącą poczty elektronicznej, ale to nie wszystko, co możemy skonfigurować w mobilnym Outlooku.

Sekcja Kalendarz

W tej sekcji pierwszy przycisk to powiadomienia. Za pomocą tego przycisku możemy zdecydować, ile czasu wcześniej otrzymamy powiadomienia przed wydarzeniami zaplanowanymi na konkretną porę (domyślnie 15 minut) oraz całodniowymi (domyślnie ustawiona wartość to 1 dzień wcześniej). Możemy w tym miejscu ustawić również szczegóły dotyczące powiadomień dla wszystkich kalendarzy, które subskrybujemy. Kolejny przycisk, opisany jako "Domyślne", pozwala nam wybrać domyślne konto kalendarza, do którego z automatu przypisywane będą wszystkie zdarzenia, no chyba, że zdecydujemy się wybrać inny. Następny przycisk, "Początek tygodnia" pozwala określić, czy w naszej strefie kulturowej tydzień zaczyna się od soboty, niedzieli, a może od poniedziałku. Domyślnie wybrana jest, rzecz jasna, ta ostatnia opcja.

Sekcja Integracje i Dodatki

W tym miejscu decydujemy o wszelkiego rodzaju połączeniach Outlooka z aplikacjami zewnętrznymi. Dostępne tu opcje zależą od tego, z jakich kont korzystamy i co oferują dostawcy naszej poczty. Z reguły jakiekolwiek korzyści pojawią się w momencie, gdy zdecydujemy się na używanie kont komercyjnych, np. przy pomocy serwera Exchange, zwykły Gmail nie zapewni nam zbytnich atrakcji w tym miejscu.

Sekcja Preferencje

W tym miejscu możemy włączyć, o ile nasz iPhone go wspiera, mechanizm Touch ID. Dzięki temu uzyskamy dodatkowe zabezpieczenie w dostępie do naszej poczty. Outlook nie uruchomi się, jeśli nie potwierdzimy swojej tożsamości odciskiem palca. Kolejną opcję z tej sekcji docenią z pewnością ci, którzy używają przeglądarek firm trzecich. Możemy tu bowiem zdecydować, w jakiej przeglądarce mają być otwierane linki zewnętrzne. To swego rodzaju prztyczek Microsoftu w nos Apple, bo producent iPhone’ a nie pozwala przecież na ustawienie jako domyślnej przeglądarki programu innego, niż Safari. Oprócz domyślnej przeglądarki, możemy również wybrać w tej sekcji domyślny silnik map i mam dziwne przeczucie, że wielu użytkowników wybierze rozwiązanie Google'a.

Zalety i wady Outlooka

Priorytetowa skrzynka odbiorcza to mechanizm, z powodu którego Outlook to mój domyślny klient pocztowy, nie radzę jednak nikomu pozbywać się systemowego maila. Zdarza się bowiem, że Outlook nie ze wszystkim sobie radzi, szczególnie ma to miejsce w sytuacji, gdy chcemy wysłać wiadomość elektroniczną z aplikacji zewnętrznej. Bywa wtedy tak, że gdy pozbędziemy się maila systemowego, uruchomi się i tak apple’owa formatka redagowania wiadomości, ale o wysłaniu e-maila będziemy mogli zapomnieć. Mimo, że Microsoft stawia na dostępność, okazjonalnie występują problemy z dostępem do pewnych elementów wiadomości, szczególnie załączników. Czasami nie da się również odszukać potrzebnych przycisków, jak choćby tego, który służy do przekazywania wiadomości dalej. Wspomnę jeszcze o samej priorytetowej skrzynce. Z reguły działa prawidłowo, jednak ma problemy z niektórymi typami serwerów e-mail oraz łączami internetowymi. Z tego powodu zdarzyło mi się już kilka razy z opóźnieniem odpowiedzieć na istotnego maila, bo nie pojawił mi się na ekranie blokady, a po uruchomieniu Outlooka siedział grzecznie w wiadomościach uznanych za ważne. Sprawiedliwie muszę jednak przyznać, że są to przypadki incydentalne i z reguły Outlook sprawuje się dobrze.

Słowem podsumowania

Poczta elektroniczna to w dzisiejszych czasach narzędzie, bez którego może da się żyć, ale raczej nie da się pracować. Szczególnie w przypadku większości niewidomych, wykonujących pracę przy użyciu komputera czy urządzeń mobilnych, tak ważny jest komfortowy dostęp do maili. Zachęcam wszystkich czytelników do tego, aby dali szansę mobilnej aplikacji firmy Microsoft. Mimo tego, że przez lata nie przekonałem się i chyba już nigdy nie przekonam się do Outlooka na PC, mobilna wersja tej aplikacji bardzo przypadła mi do gustu i mam nadzieję, że spełni również i oczekiwania przynajmniej części czytelników.

Sport jest jeden

 

„Sport pełni w życiu niepełnosprawnych rolę szczególną. Jest on nie tylko formą rehabilitacji, sposobem na podniesienie ogólnej sprawności, ale często staje się drogą do normalnego funkcjonowania w społeczeństwie, szansą na ciekawe i godne życie. Zawsze z szacunkiem patrzę na ludzi, którzy mimo swych ułomności z wielką pogodą ducha podejmują sportową rywalizację”. – Jerzy Buzek

Powszechnie wiadomo, że sport pełni dobroczynną funkcję w naszym życiu. Zdrowy styl życia jest modny. Jednakże, choć sport propagują artyści w mediach, choć pod wpływem wszelakich działań promocyjnych ćwiczą całe rodziny, bardzo powoli rośnie świadomość i wiedza o pozytywnych skutkach uprawiania choćby zwykłej gimnastyki. Wiele form aktywności sportowej cechuje dostępność, a niepełnosprawność nie jest dobrym wytłumaczeniem, by tego rodzaju aktywności nie podejmować, bo jak mówią: dla chcącego nic trudnego. Wśród wielu dostępnych opcji każdy z pewnością znajdzie coś dla siebie.

Polska ma ogromne tradycje w dziedzinie leczenia ruchem. W 1508 roku Marcin z Miechowa napisał rozprawę pt. „Jak zachować zdrowie”. Podnosi w niej kwestię leczenia ruchem. Można więc uważać go za prekursora na tym polu. Sebastian Patrycy w 1605 roku opublikował dzieło „Polityka Arystotelesa”, zalecając w nim politykom łagodzenie sporów przez gimnastykę. A Jędrzej Śniadecki, żyjący na przełomie XVIII i XIX wieku, mówił o profilaktyce zdrowia młodzieży poprzez gimnastykę. Dawał praktyczne zalecenia, jak tę profilaktykę stosować. Ludwik Bierowski, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, szef służby medycznej w powstaniu listopadowym, był uznanym chirurgiem. Napisał rozprawę „:Kilka słów o ważności, potrzebie i użytku gimnastyki” oraz założył pierwszą na świecie szkołę gimnastyki leczniczej w Krakowie.

Chyba każde dziecko zna powiedzenia: „W zdrowym ciele zdrowy duch” oraz „Bieg to zdrowie”. Nasze ciało, umysł i duch są jak naczynia połączone. Wysiłek fizyczny niejako scala je, powoduje, że czujemy się lepiej. O sporcie, o paraolimpijczykach, pisaliśmy już na łamach Tyfloświata. Myślę jednak, że warto przybliżyć kilka ciekawych sylwetek sportowców z naszego środowiska, opowiedzieć o ich miłości do sportu, determinacji i problemach, z jakimi muszą się borykać, by móc trenować. Może przykład ludzi, którzy dzięki uporowi i ciężkiej pracy wiele osiągnęli, zachęci naszych czytelników, by przekonali się, jak zbawienny wpływ ma uprawianie sportu i podjęli próbę zmierzenia się ze swymi słabościami.

Kilka słów zachęty

Zdzisław Kabziński, doświadczony trener i sędzia piłkarski opowiada:

„Sportem zajmuję się od 45 lat. Na pierwszy trening poszedłem mając lat jedenaście. Odbywałem do pięciu treningów tygodniowo. Po zakończeniu kariery piłkarskiej w wieku 35 lat, pozostałem nadal wierny mojej miłości do sportu. Jak to mówią: Mam to we krwi. Jestem trenerem z odpowiednimi kwalifikacjami, mogę prowadzić grupy seniorów i młodzieży. Mimo, że obecnie zajmuję się trampkarzami, ćwiczę, chodzę na siłownię, biegam, jeżdżę na rowerze, pływam.

Wiesława Stolarczyk: Dlaczego sport jest tak bardzo prozdrowotny?

ZK: Sport bardzo korzystnie wpływa na układ kostny, mięśnie, układ krążenia, poprawia się metabolizm. Poza tym powszechnie wiadomo, że podczas wysiłku fizycznego wydzielają się tzw. endorfiny, hormony szczęścia, których obecność odczuwamy w postaci radości, zadowolenia. Po wysiłku fizycznym, mimo zmęczenia, czuję się zrelaksowany, wyluzowany. Mam większy, jak to teraz mówi młodzież, „power”. Poza tym sport opóźnia proces starzenia. Jestem tego żywym przykładem. Niedawno robiłem badania specjalistyczne. Okazało się, że mimo przeżytych 58 lat, mój wiek biologiczny to zaledwie 42 lata. Moi koledzy narzekają na złe samopoczucie, a ja wciąż jestem pełen energii. Różne życiowe czynności przychodzą mi dużo łatwiej niż rówieśnikom. Niestety w naszym kraju jest jeszcze zbyt niska świadomość społeczna. Nakłady finansowe ciągle zbyt małe. Warto jednak ćwiczyć choćby samemu, w domu. Nie bierze się pod uwagę tego, że lepiej zapobiegać niż leczyć. Bardzo ważna jest profilaktyka, ale musi być dostosowana do wieku i możliwości. Treningi powinny być prowadzone fachowo, ale wykfalifikowanej kadry wciąż brakuje. Są ćwiczenia, których w pewnym wieku nie należy wykonywać. Są też takie, które powinny wykonywać osoby w bardzo młodym wieku, by zapobiec późniejszym kontuzjom, wzmocnić mięśnie i układ kostny. Jest to ważne bo organizm staje się odporny na urazy i dzięki temu rzadziej nas one dotykają. Chodzi o to, by na początku drogi sportowej wzmocnić najpierw układ kostny, a nie od razu mięśnie. Wiedza o tych podstawowych zasadach zdrowego uprawiania sportu jest wciąż bardzo mała. Na tym polu pozostało jeszcze wiele do zrobienia.

Każdy rodzaj ruchu zapobiega wielu chorobom: np. osteoporozie, bólom stawów czy kręgosłupa, zmniejsza ryzyko zachorowania na cukrzycę, dlatego bardzo zachęcam: ćwiczcie, naprawdę warto.

Lek na całe zło

Gdy rozmawiałam ze sportowcami z dysfunkcją wzroku przychodziły mi często na myśl słowa refrenu piosenki śpiewanej przez Krystynę Prońko: „Jesteś lekiem na całe zło i nadzieją na przyszły rok. Jesteś gwiazdą w ciemności, mistrzem świata w radości……..”.

Bartosz Bierowiec, wyczynowy biegacz narciarski, maratończyk, opowiada:

Sport uprawiałem od dziecka. Byłem zdrowym, żywym, niesamowicie sprawnym chłopcem. W wieku 15 lat pojawiły się problemy ze wzrokiem. Nie pomagały żadne okulary. Pole widzenia zmniejszało się w zastraszającym tempie. Przed oczami pojawiły się mroczki i wielka plama na środku, która ograniczała widzenie. Okuliści nie pomogli. Zasięgnąłem porady neurologa, który zdiagnozował stwardnienie rozsiane. Nie muszę chyba mówić, czym była taka diagnoza, brzmiała jak wyrok śmierci. Czynnie uprawiającemu sport piętnastoletniemu chłopcu zawalił się świat. Cztery lata szukałem pomocy. Widzenie wciąż się pogarszało. W końcu trafiłem do szefa neurochirurgii przy Uniwersytecie Medycznym w Warszawie. Diagnoza brzmiała: „jakiś problem mechaniczny w kanałach nerwów wzrokowych”. Jedynym wyjściem była operacja. W tamtych czasach można było dostać się tylko przez czaszkę. Tylko w taki sposób można było sprawdzić, co się tak naprawdę dzieje. Tak więc w wieku 19 lat podjąłem bardzo poważną decyzję. Ryzykowałem wiele, bo taka poważna operacja mogła się skończyć upośledzeniem innych zmysłów –np. utratą mowy czy słuchu. Byłem zdeterminowany. Chciałem zachować resztki wzroku i przynajmniej taki stan utrzymać. Postanowiłem walczyć mimo wszystko. Nauczyłem się tego podczas górskich wspinaczek czy żeglując. Zawsze trzeba iść do przodu. Przeszedłem trzy operacje. Skutki uboczne były odczuwalne. Po każdej operacji musiałem uczyć się czytać. Widziałem tekst, ale go nie rozumiałem. Nie potrafiłem poskładać słów z liter, a przecież znałem słowa. Umiejętność czytania przychodziła po kilku miesiącach. Tak samo było z orientacją. Na początku potykałem się, przewracałem, uderzałem o słupy, barierki, latarnie. Musiałem nauczyć się tego, czego nie widzę. To było jak wspinaczka na najwyższy szczyt na świecie. Fakt, że wcześniej uprawiałem sport, że po operacjach szybko zacząłem rehabilitację miał ogromne znaczenie. Trzy lata temu zaczynałem od zera, po ciężkich operacjach, a w minionym sezonie przebiegłem trzy maratony. Dzięki temu, że uprawiam sport poprawiła się orientacja, rozwinęła intuicja. Podczas Biegu Piastów na 50 km przeżyłem dramatyczną przygodę. Startowałem samodzielnie. W pewnym momencie wyprzedził mnie widzący zawodnik i wywrócił się przy prędkości kilkudziesięciu kilometrów na godzinę. Był tuż przede mną. Na szczęście zareagowałem instynktownie i udało mi się przejechać dalej po jego nartach. Mogłem przecież najechać na tego leżącego człowieka. Strach pomyśleć do jakiej tragedii mogłoby dojść. Zatrzymałem się kilkadziesiąt metrów dalej. Dojechała do mnie pani, która widziała całe zdarzenie z boku. Powiedziała, że to było coś niesamowitego, bo człowiek widzący prawdopodobnie wjechałby w tego biegacza. Nie miałby szans, by zdążyć zareagować. Ja miałem przeczucie, że on się przewróci. Zadziałały inne zmysły.

WS: Bieg Piastów to bieg masowy. Czy nie obawiano się twojego udziału?

BB: Miałem wielki problem, by w nim wystartować. Przez trzy lata przekonywałem organizatorów. Musiałem udowodnić, że to dla mnie i dla innych jest bezpieczne, że dam radę. Wykazałem się startami najpierw na 10 i 15 kilometrów. Organizatorzy przekonali się, że mój udział nie zagraża ani mnie, ani pozostałym uczestnikom i lody pękły.

WS: Czy dla uczestników jesteś jakoś rozpoznawalny?

BB: Mam kamizelkę odblaskową. Dzięki temu uczestnicy wiedzą, że nie widzę. Poza tym, tak bardziej humorystycznie, to mam długie włosy. Nie lubię zakładać czapki, noszę opaskę. Biorę więc włosy do góry i w ten sposób powstaje wspaniała szopa. Kilkakrotnie zapytano mnie gdzie kupiłem taką  fajną czapkę.  A tak bardziej poważnie powiem, że gdy startowałem w imprezach poza granicami kraju, to moja niepełnosprawność nie stanowiła dla organizatorów żadnego problemu. Dziwili się wręcz, że pytam ich o możliwość udziału, przecież mogę się zapisać, nie widzą przeszkód. Specjalne prośby i przekonywania nie są potrzebne.

WS: Jakie znaczenie, według Ciebie, ma uprawianie sportu przez osobę z dysfunkcją wzroku?

B: Oprócz tego, że jestem w niezłej formie, mam dobrą orientację w przestrzeni. To, że uprawiam sport, w pewnym momencie życia miało kluczowe znaczenie. Kiedy widziałem dość dobrze, wielką frajdę sprawiała mi jazda na rowerze. Pokonywałem długie dystanse, rozwijałem prędkości. Lekarz nie był w stanie stwierdzić, na ile wzrok mi się pogorszył, bo bardzo słabo widzę. Po prostu zmiany nie były dla niego zauważalne. Zorientowałem się, że coś się dzieje, ponieważ zacząłem mieć problem z pewną jazdą na rowerze czy rolkach. Dzięki temu, że zwróciłem uwagę na te niepokojące mnie objawy, problem został szybko zdiagnozowany i po czterech miesiącach byłem operowany. Gdyby nie moja aktywność, zupełnie niespodziewanie utraciłbym resztki wzroku. Moją pasją, oprócz biegów na nartach jest żeglarstwo. Jestem chyba jedynym niedowidzącym instruktorem w Polsce, który prowadzi szkolenia. Na wodzie kluczowe nie jest widzenie, lecz wyczucie łódki. Wsiadam więc na łódkę, dobrze trzymam ster, ale muszę mieć dokładne, spójne informacje. Nie mogę więc żeglować w pojedynkę. Ważne jest, by zaakceptować sytuację i, choć wydaje się to prawie niemożliwe, znaleźć wyjście. Chodzi o to, że jeśli się widzi tak mało jak ja, to uprawianie sportu często wymaga pomocy przewodnika. Tak jest np. w wypadku biegaczy lub kajakarzy, gdzie jedna osoba musi być widząca. Kolarstwo można także uprawiać, ale na tandemie, a więc przewodnik jest, siłą rzeczy, potrzebny. Jeśli zaakceptuje się ten fakt, to można góry przenosić. Zachęcam wszystkich do uprawiania sportu. Wyjście z domu sprawia, że jesteśmy wśród ludzi, możemy się wspierać, wzajemnie sobie pomagać, wymieniać doświadczenia. Możemy też doświadczać zdrowej rywalizacji. Taka zdrowa, sportowa walka motywuje, sprawia że łatwiej nam stawić czoło przeciwnościom w życiu.

Co o uprawianiu sportu, zarówno tego wyczynowego, jak i amatorskiego, mają do powiedzenia inni sportowcy z niepełnosprawnościami?

Joanna Mazur (złota medalistka Mistrzostw Świata w Londynie na dystansie 1500 m, srebrna medalistka na 800 m, brązowa na 400 m - film z biegu z jej udziałem obejrzało na portalu Youtube kilkadziesiąt tysięcy osób, obiegł cały świat) – wypowiedź pochodzi z Programu „Pytanie na śniadanie” w TVP 2:

Sport to sposób na zrozumienie i pogodzenie się z utratą wzroku. To próba zaakceptowania sytuacji, w jakiej się znalazłam. To także rodzaj buntu, ucieczka od rzeczywistości, bo kiedy wzrok się pogarszał, bieganie pozwoliło mi bodaj na chwilę oderwać myśli, rozładować napięcie. Wyzwoliło we mnie radość. Mogłam przestać myśleć o utraconym wzroku, zająć się czymś innym, a to stało się sposobem na życie. Trzeba jednak wyjaśnić rolę przewodnika. Biegnie obok mnie, ale mi nie pomaga. Krótkimi komendami sygnalizuje np.: wiraż, wejście wyjście. Niczego mi nie podpowiada, nie przyśpiesza. Jest tylko moimi oczami. Ponieważ biegniemy razem, również otrzymał medal. I to jest piękne, bo, by razem współgrać, poświęcamy wiele czasu na treningi. Sport pomaga mi w życiu. Jeśli jestem dla kogoś inspiracją, jeśli ktoś dzięki temu stara się walczyć i nie poddaje się chorobie czy gorszym dniom, lenistwu, to bardzo mnie cieszy. Jest to dla mnie swojego rodzaju motywacja. Mam nadzieję, że dzięki temu inni niepełnosprawni znajdą pomysł na swoje życie, wyjdą z domu. Warto znaleźć coś, co nasz cieszy, co lubimy robić i iść w tym kierunku. Sport oferuje całą paletę możliwości osobom z dysfunkcją wzroku.

Tomasz Koźmiński (laureat nagrody „Lodołamacze”, działacz społeczny bardzo mocno zaangażowany w propagowanie i promocję sportu ludzi z niepełnosprawnościami, który wraz z grupą przyjaciół założył fundację For Heroes, pływa, podróżuje): Wysiłek fizyczny motywuje do życia, do pracy, daje energię. Ważna jest chęć rywalizacji, przełamywanie barier. Chęć pokazania się, zaistnienia ma także duże znaczenie. Sport integruje, buduje relacje. Spotkałem się z sytuacją, gdy piłkarze niewidomi grają z widzącymi. Zawodnicy widzący grają w goglach. Takie doświadczanie świata. To podnosi świadomość społeczną, pozwala widzącym zrozumieć nasze problemy, niejako trochę wejść w nasz świat i nie ma to nic wspólnego z litością. Widzieć można, ale wiedzieć i doświadczyć to zupełnie co innego. Ważne żebyśmy byli widoczni w społeczeństwie, a sport doskonale do tego się nadaje. Osoby pełnosprawne mogą od nas się wiele nauczyć. Ważna jest obecność w mediach, promowanie aktywności, ale na tym polu jest jeszcze wiele do zrobienia

Zdzisław Kabziński: Na treningach chłopcy często grają z opaskami na oczach. Traktują to zabawowo, jest to dla nich atrakcja. Moją intencją było po prostu urozmaicenie treningu. Zauważyłem jednak, że ma to głęboki sens. Jeśli dzieciaki prowadzą piłkę, strzelają na bramkę, kierując się tylko podpowiedziami, to wyostrzają im się inne zmysły. Ma to znaczenie np. przy ustawianiu ciała do wykopu czy strzału, pomaga przy nauce kontroli uderzenia, a konkretnie budowaniu dobrej świadomości właściwego kierunku. Muszą uważnie słuchać podpowiedzi, wyczuć dystans, ustawić odpowiednio stopy, złapać kierunek „na nos”, strzelić bramkę. Robię im między innymi rywalizację jeden na jeden. Zawodnicy mają opaski na oczach. Polega to na tym, że dwaj chłopcy rozgrywają piłkę. Każdemu z nich przypisana jest drużyna, oczywiście wszyscy poza nimi mają oczy odsłonięte. Zadaniem drużyn jest stać z boku i precyzyjnie podpowiadać zawodnikom, jak mają się ustawić, gdzie znajduje się piłka. W ten sposób można wypracować świadomość ciała. Wiadomo, że dwojgiem oczami widzi się więcej, dlatego podczas moich treningów czasem zawodnicy mają zasłonięte jedno oko. Dzięki wspomnianym ćwiczeniom nabierają nawyku rozglądania się, a nie patrzenia w jedno miejsce. Uczą się manewrowania ciałem. Jeśli odwrócimy głowę, zmieniamy pozycję ciała, wówczas  możemy zobaczyć więcej. Poza tym tego typu ćwiczenia wyrabiają koncentrację, koordynację ruchową.

Myślę, że osoby z dysfunkcją wzroku po przez uprawianie sportu czują się dowartościowane. Sport pomaga przełamywać bariery, pokonywać lęki. Ważna jest na przykład nauka upadków. Dlatego moim zdaniem dla niewidomych wskazane jest uprawianie judo. Jeśli ktoś podczas upadku podeprze się rękami z tyłu na sztywno, może je połamać. Ważne jest także trzymanie brody przy klatce piersiowej, wtedy nie uderzymy głową o beton. Żeby zamortyzować upadek, należy wystawić ręce w bok. Oglądałem piłkę nożną niewidomych. Podobają mi się zasady. Myślę, że ten sport rozwija odwagę, orientację przestrzenną i refleks. Dobrym pomysłem jest widzący bramkarz. Widziałem w Internecie bieg Joanny Mazur. Był to pełen profesjonalizm. Wrażenie zrobiło na mnie zgranie biegaczki z przewodnikiem. To było fantastyczne. Każdy widzący zawodnik ma strategię, którą wcześniej może zaplanować. Biegnąc widzi każdą, najmniejszą zmianę. Podczas ich biegu zauważyłem, że taktyka była wcześniej ustalona. Na ostatnim okrążeniu zawodniczka klasowała się na piątej, potem czwartej pozycji. Wydawało się, że nie będzie medalu. No i ten finisz we wspaniałym stylu. Zawodniczka i przewodnik doskonale się rozumieli. Widziałem, że po dotarciu do mety mieli jeszcze ogromny zapas. Chciałoby się powiedzieć: „mieli tę moc”. Asia wiedziała, jak rozłożyć siły. No i ten piękny krok, który nie odbiegał profesjonalizmem od zawodniczek widzących.

O paraolimpiadach media mówią niewiele, dzięki filmikowi na Youtubie sporo osób dowiedziało się, że taka rywalizacja istnieje. Cenię bardzo tych sportowców, bo myślę, że sama niepełnosprawność stawia bariery. Przecież mają do pokonania więcej trudności: słabość organizmu, niedomagania związane z chorobami, małe możliwości finansowe, wielu z nich ma tylko niskie renty, nie wszyscy przecież pracują. A zakup sprzętu to wielki wydatek. Oprócz tego niektórzy muszą sporo wydawać na leczenie związane ze schorzeniem. W większych miastach są możliwości treningowe, w mniejszych nie. Dużą trudność sprawia dotarcie na treningi. Niejednokrotnie mają ciężej przez trudności życia codziennego. To wymaga wielkiego hartu ducha. Ważne także jest wsparcie i świadomość rodziny. Sport, to, poza całą sferą wyczynową, także rehabilitacja, a, przecież dla tych, którzy żyją z niepełnosprawnością jest ona ważna przez całe życie.

Marta Woźniak (Mistrzostwo Polski w showdownie w roku 2012): Uprawiam showdown. Często błędnie jest nazywany tenisem stołowym dla niewidomych. Jest to sport bardzo elitarny, jeszcze nie wpisany w konkurencje paraolimpijskie. Wymagania tego sportu to: słuch, refleks, koncentracja i szybkość, ponieważ piłka osiąga bardzo duże prędkości. Moim zdaniem, oprócz waloru integracyjnego, usprawnia echolokację. W moim wypadku współzawodnictwo rozwinęło wiarę we własne możliwości, co przełożyło się na codzienne życie. Dzięki uprawianiu sportu łatwiej mi się podnieść po porażce nie tylko sportowej, ale i życiowej. Trener wpajał nam zasadę: „Jeśli chcesz wygrywać, musisz umieć przegrywać.” Bardziej jednak podobają mi się sporty ogólnodostępne, w których można rywalizować lub ćwiczyć na równi z widzącymi. Takimi sportami są taniec czy kolarstwo. Udział w imprezach masowych daje poczucie dowartościowania, ponieważ sędziowie biorą pod uwagę umiejętności, a nie schorzenie.

Wspaniałym sportem jest ergometr wioślarski. Miałam tę przyjemność uprawiać go przez jakiś czas. Ćwiczymy na specjalnej maszynie, ramiona pracują jak przy wiosłowaniu. Zafascynowana byłam także kursami samoobrony zorganizowanymi przez Fundację Instytut Rozwoju Regionalnego. Prowadził je Andrzej Szuszkiewicz z Akademii Tradycyjnych Sztuk Walki Biały Smok w Krakowie. Dostosował on program szkoleniowy do możliwości niewidomych. Kurs trwał dwa tygodnie. Cztery godziny zajęć, dwie rano i dwie popołudniu. Prawdziwy wycisk. Pojęcia „nie mogę” czy „nie dam rady” nie funkcjonowały. Na każdym treningu robiliśmy po sto pompek, sto brzuszków. Wszystkie chwyty, duszenia, dźwignie, prowadzący pokazywał każdemu uczestnikowi zajęć z anielską cierpliwością. Problem w tym, że to wymaga regularnego ćwiczenia, a w Łodzi nie ma takich możliwości. Myślę, że takie umiejętności mogą bardzo się przydać w sytuacji zagrożenia. Po szkoleniu wróciłam do domu mocniejsza psychicznie, pewniejsza, stałam się bardziej asertywna. Miałam wdrukowane w umyśle: „Jesteś silna i ze wszystkim sobie poradzisz”. Po za tym, co tu dużo mówić, jeśli bez użycia siły powalę faceta o wadze 120’kg rozpiera mnie kobieca duma. Chcę jeszcze dodać, że teraz nie boję się wyjść z domu. Sama chodzę na basen i jeśli jestem gdzieś po raz pierwszy, to po prostu proszę o pomoc. Ratownicy pokazują, gdzie są szafki, szatnia, prysznice. Jeśli proszę, przychodzą po mnie po upływie mojego czasu, pomagają znaleźć klapki. Są naprawdę życzliwi.

Michał Michalak (strzelectwo bezwzrokowe): Możemy strzelać z broni długiej lub krótkiej. Strzelnica przypomina małą walizeczkę. Jej wieko po otwarciu stanowi tarczę, w której wbudowana jest karta sieciowa. Łączymy się z komputerem, do którego wgrywa się odpowiednie oprogramowanie. Na karabinku zamontowany jest laser. Odbija się on na tarczy, co odczytywane jest przez komputer. W słuchawkach słuchamy uważnie najwyższego dźwięku - lewo, prawo, góra, dół. Żeby znaleźć odpowiedni punkt – dziesiątkę, dziewiątkę czy ósemkę, musimy pilnować lufy karabinka. Chodzi o to, by być jak najbliżej środka. Gdy dojdziemy do dźwięku najwyższego, trzeba szybko nacisnąć spust. Dźwięki zmieniają się co chwilę. Trwają bardzo krótko. Jesteśmy ustawieni w określonej odległości przed tarczą. Na wykonanie strzału mamy 30 sekund. Komputer co dziesięć sekund odmierza czas, poprzez syntezę mowy otrzymujemy informację. Laser przesuwa się po tarczy, jeśli decydujemy się na strzał, przestaje świecić na tarczę. Wówczas komputer rejestruje to jako strzał. Uprawianie strzelectwa wymaga ogromnego skupienia, koncentracji, koordynacji ruchów, pewnej ręki, błyskotliwości umysłu. W tej konkurencji niewidomi i widzący mają porównywalne możliwości. Możemy być skoncentrowani, silni fizycznie, mamy szerokie horyzonty i umysły. Chciałbym, aby w Polsce baza treningowa była większa, zarówno dla sportowców wyczynowych, jak i amatorów. Sport wyzwolił we mnie ambicje, by stawać się lepszym, integracja, poznawanie ludzi, zawieranie przyjaźni to kolejne dobrodziejstwo. Dbając o precyzję w strzelaniu, stałem się bardziej precyzyjny w wykonywaniu czynności życia codziennego. Sport wyrobił we mnie upór w dążeniu do celu. W życiu codziennym przekłada się to na dokładność, solidność.

Różnorodność dyscyplin sprawia, że każdy może znaleźć coś dla siebie. Dzięki temu czujemy się dobrze w tym co robimy. To wyzwala radość życia, sprawia, że na jakiś czas znikają bariery. Nasza dysfunkcja nie przeszkadza nam w doskonaleniu się. Sądzę, że gdyby niewidomi szachiści zmierzyli się z widzącymi powiedzmy w rozgrywce szachowej w pamięci, to myślę, że nasi niewidomi mieliby przewagę i to nie z powodu wzroku, czy jego braku. Chodzi o wyćwiczony umysł. Jak wiadomo w sporcie chodzi też o sprawność ogólną,. Niewidomi, jak obecnie chyba prawie wszyscy, godzinami siedzą  przed komputerem. Nasza postawa jest często nieprawidłowa, ponieważ pochylamy się, opuszczamy głowę. Jest to niekorzystne dla kręgosłupa. No i oczywiście należy wspomnieć o braku ruchu, który powoduje otyłość.

Mieczysława Stępniewska grała w bowling, obecnie gra w kręgle klasyczne. Niektóre z długiej listy jej osiągnięć to: 2008 mistrzostwo Europy w Budapeszcie. 2006 pierwsze miejsce na zawodach bowlingowych. 20011 mistrzostwo świata na Słowacji.

Kiedy pojawiłam się w klubie Omega w łodzi właściwie nie miałam pojęcia co mogła bym robić. W naszym klubie jest bardzo wiele sekcji. Na to, że zajęłam się bowlingiem, a potem kręglami miała wpływ grupa. Ujęła mnie serdeczność i życzliwość tych ludzi. W wieku 22 lat straciłam wzrok. Nie widziałam sensu życia. Miałam bardzo wspierającą rodzinę, ale to nie wystarczało. W klubie znalazłam wsparcie i zrozumienie. Choruję na cukrzyce. Sport stał się dla mnie lekarstwem. Po treningach obniża się poziom cukru. Zahamowały się zmiany neurologiczne. Poprawiła się kondycja psychiczna. Podjęłam pracę, kocham ludzi, chce mi się żyć.

Wszyscy musimy pamiętać, że niepełnosprawni nie są inni, nie stanowią jednolitej kategorii ludzi. Po prostu wszyscy różnimy się między sobą. Niepełnosprawni nie są ani lepsi ani gorsi, a liczne sukcesy potwierdzają, że każdy człowiek przy odpowiednim zaangażowaniu i wysiłku może przekraczać kolejne granice, odnosić kolejne zwycięstwa. W sukcesach obecnych i przyszłych zwycięzców i olimpijczyków widać wytrwałą pracę nauczycieli i trenerów. Jej efekty są zwielokrotnione wdzięcznością bliskich. Prowadzą nie tylko do zaszczytów, ale również integrują niepełnosprawnych ze społeczeństwem.” – Aleksander Kwaśniewski

WS: Jak odniesiesz się do tego cytatu?

Tomasz Koźmiński: Trzeba zbudować wizerunek sportowca z niepełnosprawnością. Moim zdaniem jesteśmy traktowani po macoszemu. Niedawno odbywały się Mistrzostwa Świata w Lekkoatletyce, nasi zdobyli 9 medali. Wielkie wydarzenie, a w mediach cisza. A przecież nasze państwo powinno się szczycić takimi ludźmi. Obecnie sporo się dzieje w kraju i na świecie, a media milczą. Nasi sportowcy godnie reprezentują nasz kraj, a nie stworzono dla nich sensownego systemu stypendiów. W fundacji, w której działam, mamy niepełnosprawnego ruchowo paraolimpijczyka. Jego stypendium to 150 zł. Śmieszne prawda? Komitet olimpijski to zamknięte środowisko, które trzyma się razem, co wynika w dużej mierze z problemów finansowych. Moim zdaniem nie ma dobrych rozwiązań systemowych. Jeśli ktoś chce uczestniczyć w paraolimpiadzie, musi przejść utartą drogę. Musi być członkiem kadry, uczestniczyć w zawodach międzynarodowych, a dopiero potem następuje ewentualna kwalifikacja. Nie ma ustalonych norm. Każdy traktowany jest indywidualnie. A gdyby tak dziennikarze, bodaj po to, żeby doświadczyć, zrozumieć, zechcieliby zagrać np. w koszykówkę z ludźmi na wózkach czy w piłkę nożną z niewidomymi. To dopiero buduje wizerunek. Muszę jednak powiedzieć, że w naszym środowisku często występuje postawa roszczeniowa. Zdarzało się, że organizowaliśmy różne zajęcia, ponosiliśmy koszty, a osoby, które zadeklarowały uczestnictwo, nie pojawiały się. Nasi sportowcy muszą być widoczni. Wciąż jeszcze jest dużo lęku, jeśli chodzi o imprezy masowe. Zmagamy się z obawami o bezpieczeństwo startujących niepełnosprawnych, jak i uczestników. A przecież jesteśmy dorośli, a więc lęk, że zrobimy sobie czy komuś krzywdę jest nieuzasadniony. Nasi zawodnicy, mimo, że jest trochę lepiej, wciąż przecierają szlaki. Trzeba pokazywać aktywnych sportowców, żeby społeczeństwo wiedziało, że jesteśmy, jacy naprawdę jesteśmy. Moim zdaniem, by poprawić sytuację finansową czy ogólną, trzeba zrobić badania, na jakie dyscypliny jest największe zapotrzebowanie. Ważne by, obok sportu wyczynowego, propagować w środowisku osób z niepełnosprawnością sport jako doskonały sposób rekreacji czy rehabilitacji. W wielu miastach nie ma oferty dla niepełnosprawnych. Przydałyby się dostosowane, niezbyt drogie baseny czy inne obiekty sportowe, godzina zajęć na hali kosztuje 80 zł. A przecież trenować trzeba kilka razy w tygodniu po kilka godzin. Były przypadki, że osoby niepełnosprawne były wypraszane z siłowni.

Bartosz Bierowiec: Żeby uprawiać sport dla siebie, tak naprawdę trzeba tylko dobrych chęci. Jeśli mówimy o sporcie profesjonalnym, to trzeba powiedzieć, że podstawowym problemem sportowców z niepełnosprawnością jest niska nośność medialna. Sport z niepełnosprawnością w tle nie różni się zaangażowaniem, koniecznością trenowania. Trzeba przejść standardowe badania lekarskie, testy, być pod opieką jeszcze większej ilości lekarzy niż pełnosprawni sportowcy. Potrzebne są pieniądze na specjalistyczny sprzęt, często bardzo drogi. Profesjonalne uprawianie sportu wymaga takiegoż samego zaplecza. By znaleźć na to wszystko środki, musi być oddźwięk medialny. Wystarczy przypomnieć, jak wyglądały relacje z paraolimpiad. Żeby znaleźć pełne informacje, trzeba było głęboko szukać.

Na igrzyskach w Rio startowali nasi sportowcy. Telewizja pokazywała konkurencje paraolimpijskie, w których Polacy nie brali udziału. Nie powinno być tak, że słyszy się tylko o Lewandowskim czy innych gwiazdach. Sportowcy z niepełnosprawnością wkładają często dużo większe zaangażowanie w trening, starty, muszą pokonać więcej trudności, ale nic z tego nie mają. A muszą przecież walczyć o tzw. Lodówkę. Jak każdy mają codzienne finansowe problemy. Mój przykład jest znamienny. Mam rodzinę, dwoje dzieci, każdego dnia staję przed wyborem. Ile pieniędzy mogę wydać na trening, czy sprzęt, a z drugiej strony muszę mieć pieniądze na ubrania dla dzieci, opłaty itd. Niestety w wielu przypadkach ludzie odpowiedzialni za to, by sportowcom niepełnosprawnym stworzyć warunki, w praktyce tego nie robią. Według mnie sport niewidomych i słabowidzących, zarówno w swej funkcji rehabilitacyjnej, jak i w wymiarze wyczynowym jest równie ważny. Nie można tego rozdzielać. Proszę wyobrazić sobie Rafała Wilka. Jest on jednym z najwybitniejszych sportowców niepełnosprawnych. Nie mówię tu tylko o słabowidzących i niewidomych, ale w ogóle. Miał poważny wypadek na żużlu. Złamanie kręgosłupa. Stracił władzę w nogach. Nie wiadomo czy bez sportu by się pozbierał. To, że wcześniej był czynny pozwoliło mu się podnieść. Wbrew pozorom biegi narciarskie są dla osób z dysfunkcją wzroku jedną ze stosunkowo bezpiecznych dyscyplin sportowych. Należy tu zaznaczyć, że ryzyko w kalkulowane jest w każdą dziedzinę sportową. Chciałbym, by za pięknymi słowami szły czyny. Mam nadzieję, że przyjdą czasy, w których wszyscy nasi sportowcy będą mieli spokojne głowy. Nie będą musieli z trudem walczyć o możliwości reprezentowania kraju. Marzeniem wielu z nich jest, by nie trzeba było walczyć o finanse, by wysokie miejsca były gratyfikowane.

Bartosz Bierowiec ma swoje zaplecze, sztab ludzi, ale działają oni bezinteresownie, na zasadzie wolontariatu. Czy tak powinno być? Czy ich marzenia to utopie?

 

Zdzisław Kabziński radzi

Na koniec garść porad. Może się przydadzą. Na pewno, ćwicząc, będziemy zdrowsi. Już przecież Jan Kochanowski powiedział: „Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie, jako smakujesz, aż się zepsujesz.”

WS: W większych miastach są kluby niewidomych sportowców. Oferta jest bardzo szeroka: lekkoatletyka, pływanie, blind football - piłka nożna dla niewidomych, showdown – gra podobna do tenisa, kolarstwo tandemowe, goalball – piłka toczona, kręgle klasyczne, bowling - pochodna kręgli, taniec sportowy czy towarzyski, szachy, warcaby, brydż, itd. Każdy, jeśli tylko ma chęci, może znaleźć coś dla siebie. Co poradziłbyś ludziom, którzy mają opory, by wyjść z domu, albo mają problemy z dotarciem, bo mieszkają na wsiach lub w małych miasteczkach?

Z: Zacznę od tego, że medale są ważne, ale nie najważniejsze. Bardziej cieszyłbym się, gdyby w Polsce wszyscy, którzy mają chęci mogli uprawiać sport. Na stu sportowców wyczynowych medal zdobędzie kilku, a dziesięć tysięcy sprawnych, pełnych pogody i chęci do życia ludzi to prawdziwy kapitał. Rywalizacja jest ważna, sport wyczynowy też, ale zdrowy styl życia ważny jest ponad wszelką miarę. Jak mówiłem wcześniej, lepiej zapobiegać niż leczyć. Zresztą te sprawy są nieporównywalne. A trenować można w domu w różny sposób. Chociaż myślę, że wyjście do ludzi jest naprawdę bardzo potrzebne. Jeśli ktoś ma możliwości, może zakupić sprzęt. Są to różnego rodzaju bieżnie, rowery stacjonarne, orbitreki. Mamy bieżnie rolkowe i elektroniczne. Możemy regulować tempo, nachylenie – czyli podbieg większy lub mniejszy, można też ustawić rodzaje treningu: trening interwałowy – z przyspieszeniem, trening górski z podchodzeniem, może być też spacer. W zależności, co chcemy osiągnąć, treningi można przeplatać. Na jednej bieżni mamy do dyspozycji całą gamę programów treningowych.

Rowery stacjonarne: jeździmy stojąc lub siedząc, w każdym wypadku pracują inne partie mięśni. Jest także możliwość ustawienia jazdy pod górkę, można też zmieniać siłę oporu. Świetne do ćwiczeń w domu są także orbitreki. Jest to urządzenie do ćwiczeń, zwane również rowerem eliptycznym czy trenażerem. Łączą w sobie zalety bieżni, rowerka stacjonarnego i steppera. Orbitreki pozwalają naśladować ruchy właściwe dla wycieczek górskich, jazdy na rowerze oraz biegów narciarskich. A więc wszystkie te dyscypliny sportu są zamknięte w jednym urządzeniu. Do dyspozycji są też hantle, sztangi, podpórki do brzuszków i pompek. Można też użyć zwykłych butelek napełnionych wodą czy worków z piaskiem, świetny sposób to trenowanie z oporem własnego ciała.

Tym którzy chcieliby ćwiczyć sami, bez urządzeń polecam mini zestaw ćwiczeń. Na początku trzeba się rozgrzać. Może to być marsz w miejscu, z unoszeniem wysoko kolan. Następnie różnego rodzaju wymachy, odmachy nóg i ramion. Dawniej popularne były krążenia. Obecnie nie są zalecane, ponieważ dowiedziono, że są szkodliwe dla naszych stawów. Można też wykonać skłony, skipy – wysokie podnoszenie kolan, pięt, uderzanie piętami o pośladki. Następnie podskoki, wyskoki. Potem możemy przejść do przysiadów. Ważne by wykonywać je prawidłowo, wtedy nie są szkodliwe. Aby to w miarę zweryfikować podnosimy ręce do góry, by kręgosłup był neutralny, biodra wypchnięte do przodu, pośladki i mięśnie brzucha naprężone. Teraz powoli wykonujemy opuszczenie tułowia. Należy zgiąć powoli kolana do momentu, aż poczujemy, że już nie dajemy rady. Nic na siłę. Potem możemy wykonać pompki, brzuszki czy innego rodzaju ćwiczenia, które znamy. Życzę wszystkim powodzenia i zachęcam do uprawiania sportu. Sam niestrudzenie propaguję go w rodzinie i wszędzie, gdzie mogę.

Wiesława Stolarczyk

 

Projekt współfinansowany ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych oraz Gminy Miejskiej Kraków