Radar dla niewidomych

 

Fińscy inżynierowie opracowali wykrywacz przeszkód, który ułatwi osobom z dysfunkcją wzroku poruszanie się. Noszone podobnie jak monitor do badania pracy serca urządzenie wykorzystuje fale radiowe, które przenikają przez ubranie. Można je więc nosić pod płaszczem. Radar przekazuje użytkownikowi informacje o otoczeniu za pomocą sygnałów wibracyjnych i komunikatów głosowych. Twórcy zakończyli właśnie fazę zaleconych przez fiński Krajowy Organ Nadzorczy Opieki Społecznej i Zdrowia testów klinicznych. Wyniki są bardzo zachęcające. Choć system radarowy nie radzi sobie najlepiej z wykrywaniem cienkich gałęzi oraz krzaków, 92% uczestników badania uznało, że urządzenie w istotny sposób poprawia jakość postrzegania otoczenia, 80% stwierdziło, że urządzenie w istotny sposób zwiększa ich mobilność, a 32% zgłosiło gotowość korzystania z urządzenia mimo, że prace nad nim nie zostały jeszcze ukończone. W badaniu klinicznym wzięło udział 25 osób, w tym 14 niewidomych, 4 głuchoniewidome i 7 słabowidzących. Prace rozwojowe nad omawianym rozwiązaniem będą kontynuowane z udziałem wybranej grupy testerów.

Źródło: https://coolblindtech.com/wearable-device-assists-blind-and-visually-impaired-to-sense-surroundings/

Kaponiera – poprawka z dostępności

Przez ulicę można przechodzić korzystając z przejść naziemnych i podziemnych, które z nich są lepsze, tego dziś nie rozstrzygniemy. Pięć lat temu w Poznaniu zaczął się remont jednego z większych rond miasta. Remont Kaponiery zakładał zmianę niedostępnej dwupoziomowej bryły z licznymi schodami w obiekt przyjazny dla niepełnosprawnych. Miał to być obiekt spełniający najwyższe standardy.

Mijały miesiące. Zakładane prace co prawda posuwały się do przodu, ale na skutek pojawiających się w trakcie robót coraz to nowych niespodzianek, posuwały się, by tak powiedzieć,  krokiem jednostajnie opóźnionym.

W sierpniu, po pięciu latach męczarni z objazdami Kaponiery, omijania szerokim łukiem schodów, doczekaliśmy się wreszcie końca remontów na rondzie.

Koniec remontów to jednak nie koniec kłopotów dla niewidomych, bo o ile widzący wózkowicze mogą sobie radzić z niespodziankami w postaci w ogóle nie oznaczonych schodów na dół czy do góry, to osoby niewidome, zwłaszcza, gdy taka osoba poza dysfunkcją wzroku ma problem z narządem ruchu i z tego powodu jeździ na wózku, nie mają żadnych szans, by skutecznie sobie poradzić.

Nazywam się Marek i jestem niewidomym, poruszającym się na wózku studentem jednej z poznańskich uczelni. Gdy po pięciu latach remontu Kaponiera została wreszcie oddana do użytku, miałem okazję w pierwszym tygodniu funkcjonowania obiektu testować ją pod kątem dostępności.

Wraz z kolegami z mojej redakcji uznaliśmy, że dobrze byłoby ten ważny dla poznaniaków obiekt poddać gruntownym testom. Jak postanowiliśmy, tak też zrobiliśmy.

Już na pierwszy rzut oka widać, że ani dla wózkowiczów, ani dla osób niewidomych, Kaponiera niestety dostępna nie jest. Chcąc skorzystać z wszystkich „atrakcji”, do których dostępu bronią diabelsko ciężkie drzwi, trzeba dokonać czegoś wręcz niemożliwego. Oto bowiem osoba poruszająca się na wózku musi na początek sforsować dwie pary drzwi, ciężkich i zamkniętych. Po przejechaniu przez tę przeszkodę napotykamy prowadzące w dół schody, których w żaden sposób nie oznaczono (nie mówimy tu o matach wypukłych, z guzami, czy wypustkami, bo to już byłby luksus). Załóżmy jednak, że sforsowaliśmy drzwi i nie zlecieliśmy zaraz potem ze schodów. Wydaje się, że teraz wszystko będzie już dobrze, bo po lewej stronie od drzwi które mamy za plecami jest winda, która nawet czasami bywa czynna. Nic bardziej błędnego. Gdy już dostałem się pod ziemię (na poziom -1), wyjechawszy z windy znalazłem się na ciągu dla pieszych. Chodzą tam ludzie chaotycznie w dwie strony, tratując wszystko, co nie uskoczyło z pod nóg.

Ponieważ sprzed remontu pamiętałem, że Kaponiera ma kształt kopniętej elipsy, przejechałem cały poziom , łapiąc się za głowę przy każdych schodach. Logiki, którą kierowali się projektanci podczas umieszczania wind przy schodach w żaden sposób nie umiałem się dopatrzeć. Niektóre z nich są od razu przy ciągu dla pieszych. Do innych można się dostać pokonując jedne drzwi, a są też i takie, do których dostaniemy się otwierając dwie pary drzwi w tym drzwi przeciwpożarowych.

Wózkowicze mają więc nie lada problem, bo umieszczenie wind za ciężkimi drzwiami sprawia, że skorzystanie z nich jest zwyczajnie niemożliwe. Takie drzwi, to dla nas przeszkoda nie do przejścia. Gdzie w tej sytuacji miejsce na jakąkolwiek niezależność, samodzielność, wolność?

Ale skupmy się na osobach niewidomych, bo przecież prócz wózka widzę ciemność. Szukając jakichkolwiek punktów orientacyjnych, które niewidomemu byłyby pomocne w poruszaniu się po Kaponierze stwierdziłem, że na upartego można poruszać się, prowadząc białą laskę w rowku ściekowym, którego zadaniem jest odprowadzanie wody, której po deszczu jest wszędzie aż nadto. Rowki te biegną wzdłuż ścian, jednak korzystając z nich jak ze swego rodzaju linii prowadzących trzeba uważać, by nie prowadzić laski po ścianie, gdyż płyty tworzące ściany, nie dochodzą do samej podłogi i bardzo łatwo laskę zakleszczyć w szparze między ścianą a podłogą. Miałem wątpliwą przyjemność doświadczyć tego na własnej skórze. Gdy jeżdżąc na wózku używa się jednocześnie białej laski, można przez takie zakleszczenie stracić sporo czasu, zanim uda się ruszyć w dalszą drogę. Trzymanie się rowków ściekowych jak prowadnic może byłoby jakimś rozwiązaniem, skoro nie ma i prawdopodobnie jeszcze długo nie będzie oznaczeń prowadzących niewidomego prosto z punktu a do punktu b, gdyby owe rowki były tak samo położone wzdłuż każdej ściany pod rondem. Tak jednak niestety nie jest. Rowki po prostu nie biegną wzdłuż wszystkich ścian.

Na Kaponierze zdaje się obowiązuje reguła, że schody po prostu nie są w żaden dostępny dla osób z dysfunkcją wzroku sposób oznaczone. Wypada mieć nadzieję, że sytuacja ta ulegnie zmianie, gdyż po konsultacjach z osobami poruszającymi się na wózkach i niewidomymi, od Prezesa Poznańskich Inwestycji Miejskich dowiedzieliśmy się, że wkrótce będzie rozpisana nowa inwestycja, w której zakres wejdzie usunięcie tych błędów związanych z dostępnością obiektu, których nie wzięto pod uwagę podczas pierwotnego remontu. Czemu nie można było tego zrobić od razu dobrze?

Przecież byłoby szybciej, lepiej i zapewne taniej.

Podsumowując, muszę stwierdzić, że smutne jest to, iż przebudowa ronda Kaponiera trwała pięć lat, kosztowała miasto 360 mln zł. A ani na rondzie, ani pod rondem, nie ma infrastruktury pozwalającej niewidomemu samodzielnie skorzystać z obiektu, jak ma to miejsce choćby we Wrocławiu na dworcu Głównym. O dziwo tam prowadnice dało się położyć, zarówno na  poziomie 0, jak i -1, a maty wypukłe są wzdłuż peronów. Czemu tych znanych przecież i w Poznaniu rozwiązań nie zastosowano na Kaponierze, skoro są w tym mieście miejsca takie, jak choćby przystanek tramwajowo- autobusowy na ul. Żeromskiego, czy na al. Niepodległości przy Polskim Związku Niewidomych, gdzie prowadnice położono, trudno powiedzieć.

Marek Suwezda

Narzędzia Business Intelligence, czy niewidomy jest w stanie z nimi pracować?

 

O tym, że osoby z dysfunkcją wzroku mają duże problemy ze znalezieniem pracy słyszy się nie od dziś. Wynika to jak sądzę z wielu czynników. Najważniejsze z nich, to z jednej strony niechęć pracodawców, z drugiej zaś niskie, albo przeciętne kompetencje samych potencjalnych pracowników. Oczywiście, by nie popaść w przesadną generalizację dodać tu należy,  że wśród niewidomych mamy wybitnych muzyków, informatyków, dziennikarzy, prawników czy dźwiękowców. Są to jednak nieliczne jednostki, które poradziły sobie w życiu i na otwartym rynku pracy. Większość zadowala się pracą na typowych stanowiskach np. Telemarketer, analityk wprowadzania danych itp. Oczywiście, żadna praca nie hańbi i nie chciałbym tu uchodzić za kogoś, kto umniejsza w jakikolwiek sposób jakiemuś stanowisku, stwierdzam jedynie fakty, może przykre, ale jednak fakty. Skoro już o nich mowa, to dodam, że gdyby nie praca, którą wykonuję na co dzień nie miałbym możliwości przetestowania w praktyce dostępności narzędzia, o którym traktować będzie niniejszy artykuł. Powiem więcej, nigdy nawet zbytnio nie zastanawiałam się, czy i w jakim stopniu tego typu oprogramowanie jest dostępne dla kogoś, kto posługuje się czytnikiem ekranu. Tak się złożyło, że w instytucji, dla której pracuję poproszono mnie o zapoznanie się z narzędziami tzw. Business Intelligence, w tym przypadku są to rozwiązania firmy Oracle. Moje zadania, przynajmniej w fazie początkowej, polegać będą na generowaniu wcześniej zdefiniowanych raportów, tworzeniu nowych, przygotowywaniu zestawień automatycznych itp. Skoro proszą, nie pozostaje nic innego, jak tylko zabrać się do pracy, a o swoich wrażeniach opowiem poniżej. Zanim jednak zacznę, muszę dodać jedną bardzo istotną kwestię. W niniejszym artykule będę pisał o wszystkim bardzo ogólnie, gdyż przygotowywane zestawienia dotyczą w znacznej mierze kwestii finansowych oraz innych strategicznych dla przedsiębiorstwa informacji.

Czym właściwie jest to BI?

„Business Intelligence (BI), również analityka biznesowa), to pojęcie o szerokim znaczeniu. Najbardziej ogólnie można powiedzieć, że jest to proces przekształcania danych w informacje, a informacji w wiedzę, która może być wykorzystana do zwiększenia konkurencyjności przedsiębiorstwa.” Tyle w teorii, w praktyce dodać należy, że BI to obecnie przede wszystkim narzędzia, które pomagają obserwować zmiany zachodzące w przedsiębiorstwie, dzięki zestawianiu różnych danych. Przykładowo, możemy prześledzić w jaki sposób dany produkt sprzedawał się na poziomie lat, albo poszczególnych miesięcy. A może fajnie byłoby zestawić jego sprzedaż w rozbiciu na kwartały lub pory roku, bo np. lepiej sprzedaje się zimą, gorzej latem? Dzięki takiej analizie możemy sprawnie zarządzać dostawami magazynowymi, wiedząc, że np. okulary słoneczne będą miały większe wzięcie letnią porą, porą ciepłych szalików jest zdecydowanie zima. Tak, wiem, to doskonale wiadomo nawet bez narzędzia BI, ale może okazać się, że szczególne wzięcie wspomniane szaliki mają np. w weekendy i tym bardziej warto je wtedy wyeksponować?

Tu dochodzimy do sposobu prezentacji raportów generowanych w BI. Oczywiście, dla osoby w pełni sprawnej najlepszy będzie wykres, niewidomy doceni dane w postaci arkusza kalkulacyjnego lub tabeli. I tu moja pierwsza refleksja, o ile technicznie osoba niewidoma przynajmniej w przypadku narzędzi Oracle jest w stanie bez większego problemu przygotować zestawienie, mam poważne wątpliwości, czy poradzi sobie w pełni z jego interpretacją. Jeśli jest to tabela zawierająca kilkanaście kolumn i wierszy, nie ma większego problemu. Jeśli mamy do wyrzucenia z BI np. zestawienie wszystkich sprzedanych pozycji w ciągu miesiąca w rozbiciu ilościowym na klientów, może być to już bardzo duży obszar danych, z którym niewidomy owszem, poradzi sobie, jednak mogą zajść tu poważne problemy z interpretacją otrzymywanych danych. Pracując z jakąkolwiek informacją z wykorzystaniem oprogramowania odczytu ekranu chcąc, nie chcąc skupiamy się na szczególe, poważnie zaniedbując ogół. O ile osoba widząca może np. pokolorować sobie komórki, co pozwoli jej łatwiej odnaleźć się w gąszczu informacji, o tyle niewidomemu nie zda się to na wiele. Dla widzących bardzo wygodnym jest np. scalanie części komórek w jedną całość, dla niewidomego jest to zmora, bo prowadzi do nierównomiernego rozłożenia danych w arkuszu, w efekcie czego przechodząc po skoroszycie Excela nie zawsze trafimy tam, gdzie chcemy.

Jak z dostępnością Oracle Business Inteligence?

W tym miejscu dochodzimy do sedna, czyli jak właściwie niewidomy powinien się zabrać do pracy z BI. Okazuje się, że firma Oracle pomyślała o potrzebach niepełnosprawnych użytkowników, oferując specjalny tryb dostępności. Tryb ten obecny jest w najnowszej wersji Oracle Business Inteligence Enterprise Edition opatrzonej numerem 11, Możemy go włączyć w trakcie logowania na nasze konto w BI, możemy również ustawić go na stałe w preferencjach naszego profilu użytkownika. Kiedy tryb dostępności jest aktywny, raporty tworzymy w tzw. Edytorze Bi Composer, który jest nieco okrojoną wersją typowo wizualnego narzędzia Analysis Editor. W większości przypadków nie odczujemy braku tego ostatniego szczególnie, że nie posiada on żadnego wsparcia dla screenreaderów. Jak wynika z moich doświadczeń, Bi Composer sprawdza się dobrze we współpracy zarówno z darmowym czytnikiem NVDA, jak i komercyjnym JAWSem. Jeśli chodzi o przeglądarkę, proponuję Internet Explorera, gdyż przedstawia najwięcej użytecznych informacji co nie znaczy, że robi to zawsze w logiczny sposób. Szczerze mówiąc odnoszę wrażenie, że kwestia dostępności została w Oracle BI potraktowana jak zło konieczne, z którym jakoś trzeba się zmierzyć, ale podczas tworzenia odnośnych funkcji w żaden sposób nie zostało wzięte pod uwagę zdanie użytkowników. Efektem takich działań jest bardzo wiele różnych znaczników ARIA, dostosowujących wiele kontrolek do współpracy z czytnikami ekranu. Przez to jednak, że ARIA interpretowana jest na wiele różnych sposobów w zależności od czytnika i przeglądarki, okazjonalnie możemy mieć do czynienia z sytuacją, nad którą będziemy musieli się poważnie zastanowić. W tym miejscu ważna uwaga, niewidomy, chcący pracować z Oracle Business Inteligence musi, podkreślam, musi!! Znać swoje oprogramowanie odczytu ekranu i wiedzieć w jaki sposób czytnik reaguje na różne, czasem nietypowe sytuacje. Musi być to wiedza dogłębna, szczególnie w obszarze poruszania się po stronach WWW.

Jak właściwie przygotowuje się raport w BI?

Proces przygotowania raportu możemy podzielić na kilka etapów. W pierwszym wybieramy źródło danych, na jakim chcemy pracować. W zależności od przedsiębiorstwa, możemy mieć do wyboru jedno, lub kilka źródeł np. różne bazy danych, z których pobierane są informacje, przeważnie pracować będziemy na jednym, konkretnym źródle. Kolejnym krokiem jest wybór kolumn, które chcemy zawrzeć w naszym raporcie. Wybieramy tu wszystkie kolumny, które mają zostać uwzględnione. To najmniej przyjemny etap tworzenia raportu, ponieważ mamy do czynienia z drzewem, które zachowuje się dość specyficznie. Z tego, co zaobserwowałam, nie da się rozwijać i zwijać jego gałęzi za pomocą strzałek, pomaga dociśnięcie CTRL a czasem CTRL+Shift. Dodatkowo, bywa tak, że raz odczytana jest pełna nazwa kolumny, czasami musimy przejść o jedną wartość do tyłu i dopiero w takiej sytuacji, gdy ponownie staniemy strzałką na interesującej nas pozycji odczytana zostanie prawidłowa wartość. Wyboru kolumn należy dokonywać bardzo uważnie, bo jeśli np. zapomnimy o jakiejś, to nasz raport może okazać się niekompletny. Dobrze jest pamiętać  zawsze o jednostkach czasowych, bo przeważnie to one będą jednym z kryteriów mających istotny wpływ na uzyskane wyniki (np. obroty klienta w danym roku, miesiącu, kwartale).

Kolejnym krokiem jest wybór sposobu prezentowania danych w raporcie. Możemy tu użyć tabel, tabel przestawnych, wykresów. Jeśli zdecydujemy się na wybór tabeli, w kolejnym kroku możemy dostosować jej wygląd, np. ukryć kolumny, które muszą być obecne w raporcie bo pobieramy z nich kluczowe dane, ale ich wyświetlanie może zaciemnić obraz prezentowanych informacji. Możemy tu także skorzystać z podsumowań, a jeśli wybieramy tabelę przestawną odpowiednio manipulować danymi. Ważne jest również to, że już na tym etapie możemy dokonać wstępnego podglądu prezentowanych informacji. Jest to wprawdzie mało użyteczne, bo przecież nie zadeklarowaliśmy jeszcze żadnych warunków, ale taka możliwość istnieje. W tym miejscu uwaga, jeśli będziemy mieli do czynienia z dużymi porcjami danych, przeglądarka może zacząć działać bardzo ociężale, decydując się zatem na podgląd zastanówmy się czy aby na pewno chcemy z niego skorzystać.

Następny krok to filtrowanie i sortowanie, to tak naprawdę najistotniejszy moment wygenerowania naszego raportu. Tu decydujemy, jakie informacje zostaną w nim zawarte. Możemy dodawać proste filtry, mogą być one jednak bardzo złożone i łączyć się ze sobą, więc z całą pewnością przyda nam się powtórka z logiki. Dla przykładu, możemy Zdecydować, że raport nasz dotyczy okresu od czerwca do września 2016, a interesuje nas sprzedaż wszelkich produktów, które w swojej nazwie mają Telewizor. Możemy jeszcze np. zawęzić wyniki do konkretnego klienta, o którym wiemy, że kupuje sporo, wprowadzając jego identyfikator w formie nazwy, lub numeru, jest to zależne od tego, jak zaprojektowana jest logika biznesowa w naszej firmie. Ostatni krok to już tylko poprawki kosmetyczne, a więc wszelkiego rodzaju formatowanie, wyróżnianie, kolorowanie itp. Jakkolwiek to wszystko jest dostępne, zdecydowanie jednak radzę skonsultować nasze poczynania w tej materii z osobą widzącą, która będzie pracowała na przygotowanym przez nas raporcie, dla nas to bowiem bez znaczenia, ale dla wzrokowców wyróżnienie odpowiednim kolorem poszczególnych sekcji może okazać się nieocenioną wartością dodaną.

I to wszystko, właśnie wygenerowaliśmy nasz pierwszy raport. Możemy teraz zapisać go w różnych postaciach np. pliku Excel, PDF, HTML, a następnie przekazać osobie, która o wygenerowanie takiego raportu nas poprosiła.

Czy to zajęcie dla niewidomego?

Tak, ale z pewnością nie dla każdego. Przygotowywanie takich raportów i zestawień jest zajęciem odpowiedzialnym, bo to właśnie na ich podstawie podejmowane są różnego rodzaju decyzje. Nie dotyczy to tylko i wyłącznie aspektów finansowych, ale również personalnych, oraz wszelkich innych, na które odpowiedź można znaleźć w BI, a w obecnych czasach zarządy szukają tam odpowiedzi na coraz większą ilość zróżnicowanych pytań. W przypadku pracy niewidomego niezwykle ważne jest również odpowiednie przeszkolenie takiego użytkownika do pracy z technologią Oracle. Niestety. W Polsce na chwilę obecną nie ma żadnej firmy, która miałaby jakiekolwiek doświadczenie z technologiami asystującymi i ze szkoleniem niewidomych w obsłudze tak zaawansowanych narzędzi. O ile niewidomy użytkownik nie jest pozostawiony samemu sobie z programem, który nie oszukujmy się, nie jest intuicyjny, istnieje duża szansa na to, że z czasem przygotowywane przez niego raporty będą wyglądały prawidłowo i zawierać będą właściwe dane. Niestety, nauka nawet dostępnego narzędzia jakim jest Oracle BI Composer to proces żmudny i wymagający poświęcenia odpowiedniej ilości czasu. Dobrze również byłoby mieć do dyspozycji kogoś, kogo można zapytać o wszelkie niepokojące kwestie, bo szczególnie na etapie filtrowania i tworzenia warunków istotny jest każdy, najdrobniejszy nawet parametr czy spójnik logiczny. Jeśli to wszystko uda się opanować, pozostanie już tylko satysfakcja z tego, że robimy coś istotnie użytecznego i potrzebnego, a w końcu przecież każdy chyba lubi czuć się potrzebnym, prawda?

Boot Camp, czyli rzut jabłkiem przez okno

 

Tak, stało się. Jakiś czas temu na moim biurku zagościł MacBook. O samym komputerze i systemie operacyjnym napiszę z pewnością więcej, gdy tylko nieco bardziej się poznamy, dzisiejszy tekst będzie o przyzwyczajeniu, które chyba rzeczywiście jest drugą naturą człowieka. Słysząc wiele dobrego o systemie operacyjnym Mac OS z jednej strony, a mając świadomość tego, że komputer ze świecącym jabłkiem będzie moim jedynym notebookiem podjąłem decyzję o instalacji systemu Windows. Prawda jest taka, że w Mac OS nie będę w stanie wykonywać wszystkich moich codziennych zadań, takich jak choćby zdalna administracja serwerami z wykorzystaniem RDP czy wsparcie użytkowników na odległość.

Jeśli chodzi o instalację Windows, zdecydowałem się na wykorzystanie systemowego mechanizmu Boot Camp. Narzędzie to pozwala na teoretycznie bezproblemową instalację systemu Windows na specjalnie w tym celu wydzielonej partycji i wygodne przełączanie się między natywnym systemem MacBooka a „Okienkami”. I tyle teorii, bo w praktyce rzec cała okazała się znacznie bardziej skomplikowana.

Asystent Boot Camp

Narzędzie pomagające nam w instalacji Windows jest istotnie w stylu Apple. Proste, niewymagające od nas żadnej fachowej wiedzy, robiące wszystko za nas. Jedyne, o co musimy się zatroszczyć to plik z obrazem systemu Windows 8, 8.1 lub 10. Jeśli chcemy zainstalować na naszym Macu Windows 10, plik taki najprościej przygotować narzędziem Media Creation Tool, do pobrania ze strony Microsoftu. W trakcie wstępnej fazy instalacji Windows, musimy także zdecydować, jak duży obszar dysku chcemy przeznaczyć na nasz nowy system. Miłą niespodzianką jest tu przycisk pozwalający na równy podział dysku, wystarczy po prostu go wcisnąć, a wszelkie dane zostaną wprowadzone automatycznie. W moim przypadku początkowa propozycja Asystenta w postaci 32 GB na Windows była zdecydowanie niewystarczająca, podzieliłem więc dysk sprawiedliwie. Teraz pozostaje nam już tylko czekać i rozejrzeć się za osobą widzącą, która pomoże w dalszej konfiguracji, to bowiem ostatnie chwile, gdy nad procesem instalacji Windows mamy jakąkolwiek kontrolę. W tej fazie pobierane są niezbędne sterowniki i inne oprogramowanie, co potrwa w zależności od przepustowości naszego łącza od kilku do kilkunastu minut.

Faza instalatora Windows

Niestety Apple, chcąc ułatwić instalację „Okienek”, utrudniło ją osobom całkowicie niewidomym. Wszyscy ci, którzy mają do czynienia z instalacją czy reinstalacją systemów operacyjnych, znają doskonale narzędzia typu WinPE, które pozwalają na względnie proste przebrnięcie przez proces wstępnej konfiguracji Windows od Visty w górę. W przypadku Boot Campa tego typu sztuczki nie zdadzą nam się na wiele, bowiem nie będziemy w stanie uruchomić komputera z żadnej dostępnej edycji Talking WinPE. Jesteśmy zatem zdani na rozwiązania jeszcze mniej pewne, w postaci mobilnych programów OCR takich jak KNFB Reader czy Goggless. Osobiście dotarłem do ekranu dzielenia dysku na partycje, na którym utknąłem. Nie byłem w stanie, nie widząc tego, co się dzieje, odpowiednio sformatować dysku, wybrać z 100% pewnością odpowiedniej partycji do instalacji (ta, na której instalujemy Windows jest ostatnia na liście), zmuszony byłem zatem poprosić o pomoc osobę widzącą, której udało się bez żadnego problemu dokończyć instalację systemu. Prawdopodobnie gdybym instalował tego typu rozwiązania po kilka razy w miesiącu udałaby mi się ta sztuka na zasadzie opanowania pamięciowego, nic jednak nie wskazuje na to, żeby miała być to regularnie wykonywana przeze mnie czynność.

A co po instalacji?

W zasadzie nic. Wystarczy nasz system aktywować, zaktualizować, a następnie po prostu używać i cieszyć się Windowsem na komputerze Apple. To, z czym użytkownik może mieć kłopot to nietypowe rozmieszczenie klawiszy, w końcu Mac OS rządzi się swoimi prawami i nadgryziona klawiatura wygląda nieco inaczej. Poniżej najważniejsze klawisze Apple i ich funkcje w Windows:

1)     Strona prawa

  • Option – prawy Alt, za jego pomocą wprowadzimy polskie znaki,
  • Command – klawisz Windows, za jego pomocą wywołamy menu start.

2)     Strona lewa

  • Command – klawisz Windows, za jego pomocą wywołamy menu start,
  • Option – lewy alt, za jego pomocą wywołamy menu większości programów,
  • CTRL – CTRL, tu na szczęście nic się nie zmieniło, używamy jak zawsze, do wywoływania różnego rodzaju skrótów w programach,
  • FN – FN, funkcyjny, dodatkowy klawisz,
  • FN + backspace – delete, kasuje znak na prawo od kursora, lub przenosi elementy do kosza itp.,
  • FN Enter – insert – np. zmiana trybu wprowadzania tekstu w edytorach, często używany jako klawisz modyfikujący w programach odczytu ekranu,
  • FN + strzałka w lewo – Home np. przeniesienie na początek wiersza w edytorze tekstu, na początek listy itp.
  • FN + strzałka w prawo – End – analogicznie jak Home tyle, że w drugą stronę,
  • FN + strzałka w górę – page up – przeniesienie o stronę tekstu w górę,
  • FN + strzałka w dół – page down – analogicznie, jak page up tyle, że w drugą stronę.

Warto również zainteresować się obecną w zasobniku systemowym ikoną Boot Camp i znajdującymi się tam ustawieniami. Warto przede wszystkim skorzystać z zakładki klawiatura i oznaczyć pole wyboru „Klawisze F1, F2 itd. Służą jako standardowe klawisze funkcyjne”, co uchroni nas przed koniecznością wywoływania ich standardowych funkcji z dociśniętym klawiszem FN.

Przełączanie się pomiędzy systemami

Jeśli zapragniemy wrócić do systemu Mac OS, nic prostszego, wystarczy uaktywnić ikonę Boot Camp z zasobnika systemowego, a następnie wybrać opcję „Uruchom ponownie w systemie osX” i potwierdzić nasz zamiar wciskając OK. W drugą stronę cała operacja wymaga nieco więcej zachodu. Po pierwsze wywołujemy preferencje systemowe, w tym celu naciskamy wo+m a następnie przechodzimy strzałką do odpowiedniej opcji (alternatywnie można preferencje otworzyć wybierając je z listy elementów docka). Kolejnym krokiem jest odnalezienie i aktywacja przycisku „Dysk startowy”. Apple nie pozwoli nam pochopnie dokonać tak radykalnych zmian jak system, na którym chcemy pracować, zatem przed wykonaniem kolejnego kroku musimy odszukać przycisk „Aby dokonać zmian, kliknij w kłódkę”, uaktywnić go i wprowadzić nasze hasło. Teraz wystarczy już tylko wybrać z obszaru przewijania wyboru potencjalnych dysków startowych dysk oznaczony jako „Boot Camp”, wybrać przycisk „Uruchom ponownie” i potwierdzić nasz wybór. Po chwili komputer zostanie uruchomiony ponownie a system Windows zostanie załadowany. Tu ważna uwaga, jeśli pracujemy w systemie MacOS i wyłączymy nasz komputer, załadowany zostanie MacOS, podobnie rzecz się będzie miała z systemem Windows, Mac nie zmieni uruchamianego systemu bez naszego wyraźnego polecenia.

Ale po co właściwie to wszystko?

Z pewnością część osób zadaje sobie pytanie po co kupować Maca, skoro i tak mamy zamiar używać na nim Windows? Odpowiedź moja brzmi: Bo wygodnie jest mieć 2 uzupełniające się systemy. Część rzeczy robi się wygodniej w systemie z nadgryzionym jabłkiem, część z okienkami w Logo. W zależności od wykonywanej przez nas pracy do pewnych czynności dostępne oprogramowanie znajdziemy na obie platformy, jednak zdarzyć się może tak, że do korzystania z Windows będziemy po prostu zmuszeni. Każdemu wedle potrzeb i upodobań, takie jest moje zdanie i dobrze, że Apple daje nam ten wybór.

Michał Dziwisz

Gdzie się widzisz za 10 lat?

Szukasz swojej ścieżki zawodowej? Jesteś młodą osobą i rozważasz różne opcje ale nie wiesz która będzie dla Ciebie najlepsza? Nasze warsztaty są właśnie dla Ciebie!

Podczas warsztatów o przedsiębiorczości dowiesz się m.in.;

- czym w ogóle jest przedsiębiorczość?
- w co warto zainwestować czas, aby było to efektywny wybór?

- co warto napisać w CV i w jaki sposób?
- jak zmotywować się do robienia rzeczy (nie)możliwych
- jak odnaleźć się na rynku pracy nie pracując na etacie
- i wiele innych

Do grona osób prowadzących zaprosiliśmy specjalistów z różnych gałęzi rynku pracy.
Nie zabraknie czasu na dyskusje z prowadzącymi, zadawanie pytań i wspólne szukanie odpowiedzi.

Postaramy się przekazać Ci pakiet praktycznej i cennej wiedzy! 
Serdecznie zapraszamy!

Program warsztatów: Gdzie widzisz siebie za 5-10 lat - program warsztatów.docx.pdf


Warsztaty odbędą się 17 stycznia (wtorek), w godzinach 9.30-16.30, przy ul. Wybickiego 3A w Krakowie (siedziba Fundacji Instytut Rozowju Regionalnego).

Udział jest całkowicie bezpłatny.

Zgłoszenia można przesyłać za pomocą poniższego formularza:

https://goo.gl/forms/XsMtp4WtMHKxpSHq2

 

Ilość miejsc jest ograniczona, decyduje kolejność nadsyłania zgłoszeń! Termin nadsyłania zgłoszeń: 13 stycznia (piątek).


Serdecznie zapraszamy!

 

Kontakt:

Magdalena Lubaś (magdalena.lubas@firr.org.pl, tel. 663 000 040),

Agnieszka Nelec (agnieszka.nelec@firr.org.pl, tel. 663 660 048)

 

 

Partnerzy wydarzenia:

 






 

 

Warsztaty organizowane są w ramach międzynarodowego projektu wspierającego przedsiębiorczość wśród młodzieży 
„Entrepreneurial youth camp” Erasmus+

 



 

Spacerkiem po drzewie

 

Od kilku lat NVDA to mój podstawowy czytnik ekranu. Na tę decyzję miało wpływ kilka czynników, do najistotniejszych z nich należało m.in. pojawienie się dodatku NVDA Remote, nie bez znaczenia był też aspekt ekonomiczny. Obecnie NVDA potrafi dostarczać nam informacji w sposób równie efektywny jak jego komercyjni konkurenci a bywa, że wręcz ich wyprzedza. Oczywiście zdarza się i sytuacja odwrotna, ale umówmy się, nie istnieje Screen Reader idealny. Od czasu do czasu próbuję przekonać część znajomych, żeby dali szansę NVDA, na co bardzo często słyszę „no tak, ale ta myszka…”. Znam również przypadki osób, które używają NVDA od lat, ale nie sięgają po możliwość sterowania kursorem komputerowego gryzonia. Moim zdaniem, jeśli używamy NVDA, zasady obsługi myszy w tym programie po prostu trzeba znać. Jeśli mielibyśmy do czynienia z systemem i oprogramowaniem, w którym wszystko byłoby dostępne z klawiatury, to rzecz całą moglibyśmy śmiało odłożyć ad acta – niestety, system Windows powyższego postulatu nie spełnia i chyba nigdy nie będzie.

Zrozumieć obiekty i ich strukturę

Emulacja myszki w NVDA to tak naprawdę poruszanie się po drzewie obiektów. Obiektem jest każde okno i jego elementy. Wszystko to tworzy drzewiastą strukturę, której korzeniem jest zawsze pulpit. W przypadku NVDA nie jesteśmy niestety w stanie w żaden sposób ograniczyć zasięgu naszych manewrów tak, jak możemy to zrobić w przypadku innych czytników ekranu. Będąc w dowolnym oknie zawsze, gdy zanadto się zapędzimy, możemy z niego wyjść, a ponowne odnalezienie go może nie być wcale takie proste. Kolejna kwestia to zależności obiektów wewnątrz okien. To najtrudniejsza rzecz do okiełznania i prawdę mówiąc, nie ma na to żadnych reguł. O ile przeglądanie ekranu z wykorzystaniem emulacji myszki w WE czy JAWS pozwala nam wyobrazić sobie graficzny układ okna w czym może nam również pomóc osoba widząca, o tyle w przypadku nawigacji obiektowej NVDA musimy po prostu o tym zapomnieć. Tak, zgadza się, zapominamy o jakimkolwiek wyglądzie. Wykreślamy z pamięci ten pasek narzędzi, który znajdował się na górze okna, bo może on znajdować się na trzecim poziomie drzewa wewnątrz aplikacji o 2 obiekty na lewo od głównego pnia

Zaś jedyna metoda, żeby poznać jakąś aplikację i jej strukturę to wchodzić wszędzie, gdzie się tylko da, myszkować, szukać, przeglądać i liczyć na to, że coś się znajdzie. Tak, wiem, to nie jest łatwe. Tak, wiem, czytelnicy spodziewali się prostej recepty na rozwiązanie problemów ale sorry, taką mamy nawigację. Na pocieszenie dodam tyle, że doświadczenie przychodzi z czasem. Jeśli poprzeglądamy sobie kilka, kilkanaście programów niejako instynktownie będziemy wiedzieli, czego szukać i taka nawigacja stanie się prostsza, choć nigdy nie będzie bardzo efektywna. W podręczniku NVDA autorzy podali bardzo prosty przykład zależności obiektów w postaci listy i elementów listy. Owszem, jest to bardzo logiczne i tego typu zależności warto pamiętać i kojarzyć. Podobnie, jak rzecz się ma z listą, tak jest choćby i z paskiem narzędzi i jego przyciskami. Jeśli chcemy kliknąć jakiś przycisk to wydaje się być czymś oczywistym, że musimy najpierw wejść w pasek. Największym jednak problemem będzie odnalezienie owego paska, który może być dosłownie wszędzie, a wszystko zależy od ułańskiej fantazji programisty.

Ważne skróty

Podawane w niniejszym tekście skróty odnoszą się do desktopowego układu klawiatury NVDA, gdyż układ ten moim zdaniem jest prostszy dla początkującego użytkownika, który i tak z nawigacją obiektową będzie mieć sporo zabawy. Jeśli ktoś zapragnie przejść na wyższy poziom, może łatwo sprawdzić skróty dla układu Laptop, wystarczy wejść w NVDA, Ustawienia, Zdarzenia wejścia.

NVDA + numeryczne 8 – przenosi nas o poziom wyżej w drzewie obiektów, naciskając ten skrót odpowiednio długo, zawsze przejdziemy na pulpit

NVDA + numeryczne 2 – odczytuje nazwę aktualnego obiektu, wciśnięte dwukrotnie, literuje tę nazwę.

NVDA + numeryczne 2 – przenosi nas o poziom niżej w drzewie obiektów – przy pomocy tego skrótu zagłębiamy się w coraz mniejsze obiekty, reprezentujące kolejne elementy okna programu.

NVDA numeryczne 4 i NVDA + numeryczne 6 – poruszamy się po obiektach na równym poziomie zagnieżdżenia względem aktualnego obiektu - odpowiednio w lewą i prawą stronę.

Przegląd obiektu

Nauczyliśmy się już poruszania po drzewie obiektów, to jednak nie wszystko. NVDA oferuje nam także tzw. Tryb przeglądu, który przyda nam się do nieco bliższego zapoznania się z obiektem. Między poszczególnymi trybami przeglądu przełączamy się wciskając NVDA + numeryczne 7 (poprzedni tryb) i NVDA + Numeryczne 1 (następny tryb).

Dla przykładu, znajdując się w dokumencie MS Word do wyboru mieć będziemy przegląd ekranu, przegląd dokumentu i przegląd obiektu, tryby przeglądu różnić się będą w zależności od typu aplikacji.

Jeśli chodzi o zasadę działania trybu przeglądu, to każdy obiekt możemy przeglądać po:

wierszach (numeryczne 7, 8 i 9 – poprzedni, aktualny, następny wiersz)

wyrazach (numeryczne 4, 5 i 6 – poprzedni, aktualny, następny wyraz

i znakach (numeryczne 1, 2 i 3 – poprzedni, aktualny, następny znak.

Korzystając z tego trybu jesteśmy w stanie przeglądać zawartość wieloliniowych obiektów w wygodniejszy sposób, pamiętajmy że pojedynczym obiektem w przypadku pola tekstowego nie jest jedna linijka tego pola, ale całe pole. Jakkolwiek teoretycznie jesteśmy w ten sposób w stanie przeglądać również zawartość całego ekranu, mam jednak co do tego spore wątpliwości. Z moich obserwacji wynika bowiem, że tryb przeglądania ekranu sprowadza się tylko i wyłącznie do okna pojedynczego programu i tego, co w tym programie wysuwa się na pierwszy plan.

Klikamy

Czas najwyższy przejść do zagadnienia kliknięcia lewym, lub prawym przyciskiem myszy, do czego to właśnie przede wszystkim wykorzystywać będziemy nawigację obiektową. W tym celu przechodzimy do interesującego nas obiektu np. przycisku na pasku narzędzi, wciskamy NVDA + numeryczny /, co powoduje przesunięcie wskaźnika myszy do bieżącego obiektu, a następnie wciskamy numeryczny / lub numeryczną gwiazdkę * (odpowiednio lewy i prawy przycisk myszy).

Istnieje jeszcze kilka innych skrótów, takich jak choćby NVDA + numeryczna gwiazdka powodująca czynność odwrotną, tj. sprowadzenie nawigacji do wskaźnika myszy, czy NVDA + numeryczny minus, powodujący przejście NVDA do punktu uwagi, są to jednak, przynajmniej w moim przypadku, kombinacje używane rzadziej i stosowane przede wszystkim w sytuacji, gdy już kompletnie pogubię się w gmatwaninie obiektów, w hierarchiach ich wzajemnych zależności, gdy zgubię się zupełnie w plątaninie całego tego programistycznego drzewa.

Na zakończenie

Ta nawigacja nie jest wygodna, nie jest logiczna, nie jest fajna. Wszystko zdaje się przemawiać przeciwko takiej formie interakcji użytkownika z komputerem, przecież to dobre dla programistów. Na zakończenie chciałbym jednak przedstawić historię z życia wziętą. Zdarzyło mi się, że korzystałem już z programów, z których pewne informacje byłem w stanie wyciągnąć tylko i wyłącznie za pomocą obiektowej nawigacji NVDA. Standardowe emulacje myszki WE czy JAWS’a nie zdawały się tu na nic, albo dostarczały niewystarczająco dużo informacji. Przykładem takiego programu jest HubiC i jego okno statusu wykonywanych operacji. Przy odpowiednim wysiłku jesteśmy w stanie, używając nawigacji obiektowej odczytać jaki plik i z jaką prędkością jest aktualnie przesyłany, ile plików zostało w kolejce, oraz jaki mają rozmiar. Nie jest to proste, ale możliwe do odczytania. Moja propozycja, to przede wszystkim dać szansę nawigacji obiektowej NVDA. Swego czasu też miałem poważne opory przed tym mechanizmem, optyka jednak zmienia się, jeśli to nasze zawodowe „być, albo nie być”. Zapewniam, że każdy, kto na komputerze robi coś więcej niż przeglądanie stron www odczuje wymierne korzyści gdy z tym mechanizmem się zapozna i zaakceptuje jego ograniczenia a z czasem, nawet niechętny skomplikowanej w użyciu funkcji czytelnik, uzna jej przydatność i wręcz ją polubi?

Powodzenia!

Michał Dziwisz

Budujemy własne radio internetowe

W Tyfloświecie 2/2008 Michał Dziwisz pisał o tym, jak stać się internetowym radiowcem, o jaki sprzęt należy się postarać, oraz z jakiego oprogramowania skorzystać, aby to, co chcemy powiedzieć czy zagrać popłynęło w wirtualny eter. Po ośmiu latach spróbujemy powrócić do tematu od nieco innej strony. Zakładam, że wszyscy, zainteresowani radiem przez 8 lat nabrali doświadczenia i umiejętności, to też tym razem skupimy się na budowie własnego radia internetowego. Nie będzie to przepis krok po kroku, raczej studium przypadku, z którym zmagaliśmy się wraz z grupą znajomych budując http://www.radiodht.com, internetowe radio z muzyką taneczną. Wszystkich zainteresowanych naszą opowieścią w formie audio zapraszam do TyfloPodcastu, pozostałym życzę miłej lektury, startujemy!

Zastanów się, co właściwie chcesz robić i czy masz z kim to robić

Stworzenie radia internetowego nie jest rzeczą prostą, nie jest też zabawą tanią. Z tego powodu jest niezwykle ważnym, by nie robić tego samemu. Najlepiej znaleźć grupę osób, która podziela naszą wizję. Jeśli np. planujemy stworzenie stacji muzycznej, lubimy klasykę, a wszyscy nasi znajomi z radiowym zacięciem to miłośnicy rocka, mamy potencjalny problem. Nie ma jednak sytuacji bez wyjścia, czas antenowy zawsze można podzielić na bloki, lub wypracować inne kompromisowe rozwiązania, w końcu wszyscy robimy to po to, by dobrze się bawić prawda?

Niezwykle ważny jest także podział obowiązków, najlepiej będzie aby każdy zajmował się tym, w czym czuje się najlepiej, jeden techniką, inny muzyką, jeszcze ktoś np. promocją. Ważne jest by każdy w zespole znał swoje obowiązki i sumiennie się z nich wywiązywał, tylko w ten sposób uda się stworzyć coś, co nie będzie zabawką na kilka dni czy tygodni lecz projektem, który ma szanse się rozwijać i przyciągać zarówno słuchaczy, jak i nowych prezenterów.

Dobry Internet to podstawa

Na rynku usług hostingowych znajdziemy wiele ofert dla internetowych stacji radiowych. Osobiście nie spotkaliśmy jednak takich, których rozwiązania automatyzujące emisję byłyby satysfakcjonujące dla mnie. O ile serwer nadawczy z pewnością warto kupić, o tyle jeśli wszystko ma grać dokładnie tak, jak tego chcemy, najrozsądniej jest system emisyjny uruchomić na własnym sprzęcie. Konieczna jest do tego odrębna maszyna, pocieszające jest jednak to, że nie musi być to komputer nowy. Wystarczy poleasingowy HP lub Dell nawet taki sprzed 4 – 5 lat, który kupimy za kilkaset złotych. W tym miejscu uwaga, jeśli decydujemy się na zakup używanego sprzętu, najlepiej korzystać ze sprawdzonych firm, które handlują tego typu rzeczami. Komputery sprzedawane w takich miejscach są sprawdzane i otrzymujemy na nie kilkumiesięczną gwarancję, zwykle od 3 miesięcy do pół roku. Ważne jest również to, aby komputer znalazł się w miejscu ze stabilnym łączem internetowym. Zdecydowanie odradzam wszelkie rozwiązania bezprzewodowe, najlepszy jest Internet kablowy. Istotne jest również to, abyśmy mieli pełną kontrolę nad naszym łączem. Jeśli przyjdzie nam przekierować jakieś porty, powinniśmy móc to zrobić bez kłopotów. Każde zerwanie połączenia, to problem dla naszych słuchaczy, którzy przestaną słyszeć sygnał emitowany przez nasze radio. Kilka takich wtop z pewnością wybaczą, jeśli jednak będą one zdarzały się nagminnie, znajdą sobie inne, mniej zawodne w odbiorze radio.

System emisyjny

W 2008 roku polecaliśmy program Mairlist i nadal uważam, że to oprogramowanie daje bardzo dobre efekty antenowe. Niestety, kilka rzeczy od tamtego czasu uległo zmianie. Po pierwsze, Mairlist nie jest już darmowy nawet i do niekomercyjnego użytku. Po drugie, jego kolejne wersje są coraz mniej przyjazne dla niewidomych, a autor zagadnięty przeze mnie otwarcie wyznaje, że jest to zbyt mała grupa docelowa by dokumentnie przerabiać interface programu i dostosowywać go dla niej. Podobnie rzecz się ma z programem Sam Broadcaster, oprogramowanie to jest gorzej dostępne niż 8 lat temu. SimpleCast zmienił nazwę na SamCast i tu również pogorszyła się dostępność. Po złych informacjach przyszła pora na dobre. Mieszkający w Nowej Zelandii Ross Lewis oferuje wygodne w użyciu i bardzo dostępne oprogramowanie, pozwalające na zbudowanie własnego radia. Stationplaylist, to właśnie pod tą nazwą kryje się kilka modułów:

  • Studio – wygodne narzędzie do emisji ręcznej i automatycznej
  • Creator – Prosty, ale dość rozbudowany program do zarządzania bazą muzyczną, tworzenia playlist i raportów
  • VT Server – narzędzie do tzw. Voicetrackingu, czyli nagrywania wejść prezenterskich i osadzania ich w programie
  • Do stworzenia tzw. Radiowego samograja potrzebny nam będzie z pewnością moduł Studio i Creator, w zależności od potrzeb i zasobności portfela możemy skorzystać z wersji pro lub standard, szczegółowe porównanie oraz cenniki znajdują się na oficjalnej polskiej stronie SPL: http://stationplaylist.pl/. Warto w tym miejscu nadmienić, że wszystkie 3 wiodące czytniki ekranu tj. JAWS, NVDA i Window-Eyes posiadają dodatkowe skrypty, dzięki którym korzystanie z SPL jest jeszcze wygodniejsze. Skrypty takie pozwalają m. in. Na wygodniejsze przeglądanie playlisty, sprawdzanie dokładnych czasów emisji nagrań, informowanie na monitorze brajlowskim lub dźwiękiem o dobiegającym końca nagraniu lub jego konkretnej części np. intra. Dodatki dla WE i NVDA udostępniane są za darmo, za skrypty dla JAWS przyjdzie nam zapłacić

Baza muzyczna i kwestie z nią związane

Zakładając, że budujemy stację muzyczną, należy słów kilka powiedzieć o organizacji muzyki w stacjach radiowych. Każde radio zarządza swoimi zbiorami trochę inaczej, co podyktowane jest używanym oprogramowaniem czy fantazją dyrektora muzycznego, który odpowiada za kształt profilu stacji. Pewnym jest jednak to, że muzyka musi być podzielona na kategorie. Jakie, to już zależy od osoby, która podejmie się programowania muzyki w SPL Creatorze, jedni dzielą ze względu na tempo, inni na dekady, jeszcze inni i na to i na to, znam też przypadki dzielenia muzyki na stare, nowe i średnie. Podział na kategorie to jedno, to, jak dobierane są piosenki to jeszcze inna historia i nie da się tego zmieścić w jednym, krótkim artykule. Chciałbym jednak podkreślić konieczność dokładnego opisywania każdego nagrania. Im więcej parametrów, tym nasza baza będzie precyzyjniej oznaczona i pozwoli na skorzystanie z większej ilości kryteriów, wg których można układać i separować od siebie muzykę. Podstawowe informacje, które muszą znaleźć się przy opisie każdej piosenki to:

  • Artysta
  • Tytuł
  • Punkt startu
  • Punkt miksu

Kolejną rzeczą jest zarządzanie bazą w znaczeniu jej składowania. Jeśli nasi prezenterzy prowadzą audycje na żywo, warto, aby korzystali ze zbiorów zgromadzonych na komputerze emisyjnym, ewentualnie dodając swoje, pasujące do ogólnego formatu piosenki. Tu dla porządku dodam, że wolno nam korzystać tylko z tych nagrań, które pochodzą z oryginalnych nośników, używanie plików pobranych z Internetu jest proszeniem się o kłopoty. Bazę można udostępniać na wiele sposobów, jednym z nich jest stworzenie serwera FTP i przekazanie danych dostępowych do niego wszystkim prezenterom. Kolejny sposób to skorzystanie z jednej z usług chmurowych. Kierując się moim doświadczeniem w tym względzie powiem, że dobrze do takich działań nadaje się francuski HubiC. Wadą HubiCa jest brak możliwości przyznania różnych uprawnień różnym prezenterom, na skutek czego wszyscy będą mogli zarówno czytać, jak i zapisywać dane do udostępnionej bazy, z takich rozwiązań korzystajmy więc tylko w bardzo zaufanym gronie, a i to może nie uchronić nas od kłopotów. Dobrze pamiętam dzień, w którym jeden z naszych prezenterów postanowił przenieść zawartość bazy muzycznej w inne miejsce dysku swojego komputera, kasując tym samym jej całą zawartość z dysku maszyny emisyjnej. Taka sytuacja nauczyła mnie jednego, kopii zapasowych nigdy dość, osobiście korzystam z zainstalowanego na komputerze emisyjnym darmowego narzędzia Cobian Backup, które z pewnością zasługuje na osobny artykuł. W tym miejscu napiszę tylko, że kopia bezpieczeństwa wykonywana jest w moim przypadku na osobny serwer raz w tygodniu. To wystarczy, ponieważ w razie problemów mogę ją błyskawicznie przywrócić.

Dobre radio brzmi dobrze

Sygnał nadawany czy to w radiu naziemnym, czy internetowym nie powinien być podawany słuchaczowi bezpośrednio po opuszczeniu naszego miksera. Ze względu na różną dynamikę sygnałów takich jak muzyka, głos, itp. Konieczne jest spłaszczenie tj. zrównanie tej dynamiki. W artykule z 2008 roku wspominaliśmy o procesorach sumy i mikrofonów, w które dobrze jest się zaopatrzyć. W międzyczasie nieco zrewidowaliśmy swoje poglądy na ten temat, a i technologia także się zmieniła. Procesor mikrofonowy to coś, z czego nie powinniśmy rezygnować. Głos ludzki, szczególnie w przypadku audycji muzycznych po prostu wymaga odpowiedniego wzmocnienia. To, co warto moim zdaniem rozważyć gruntownie to wyposażanie się w sprzętowy procesor sumy. Oczywiście, coś tego naszego finalnego miksu musi pilnować, jeśli jednak zdecydujemy się na zakup SPL, możemy skorzystać z faktu, że program ten obsługuje moduły DSP napisane dla Winampa. Przez wiele lat powstało kilka interesujących rozwiązań, że wymienię choćby

  • Stereo Tool – uwaga, zalecane jest użycie wersji 3,53, nowsze mają poważne problemy z dostępnością
  • AudioProc
  • TOMASS LIMITER
  • Sound Solution
  • Audiostocker

Uwaga, na prawidłowe ustawienie kompresorów należy poświęcić sporo czasu, nie jest to rzecz jaką można wykonać w kilka minut, nie każdy także nada się do takich działań. Przy konstruowania odpowiednich nastawów należy wziąć pod uwagę przede wszystkim profil radia, inaczej bowiem ustawia się kompresję dla muzyki klasycznej (bardzo delikatna), inaczej dla współczesnych, tanecznych brzmień (zdecydowanie bardziej agresywna).

Dosyłanie sygnału prezenterów

Jeśli chcemy zachować unikalne brzmienie naszej stacji, wszyscy prezenterzy powinni przepuszczać swój sygnał przez nasz główny moduł emisyjny SPL. Możemy zrealizować to za pomocą pobocznego serwera Shoutcast, z którego Studio pobierze sygnał i wypuści go na nasz główny serwer, możemy także skorzystać z funkcji LineIn lub Microphone wewnątrz SPL. W tym drugim przypadku, konieczne będzie zaopatrzenie się w dodatkową kartę. Osobiście proponuję użyć do tego celu Virtual Audio Cable autorstwa Eugene Muzychenko, można także poszukać darmowych zamienników. W takiej konfiguracji ustawiamy wejście liniowe lub mikrofonowe w SPL jako naszą wirtualną kartę, a na tę samą kartę podajemy sygnał z jakiegoś programu do transmisji dźwięku w czasie rzeczywistym, może być to Teamtalk, FideliPhone lub dedykowane, płatne rozwiązanie.

Zaletą użycia wejścia mikrofonowego jest to, że SPL może takie pliki automatycznie archiwizować, wadą jest sposób w jaki to robi. Wynikowe pliki OGG są niekiedy wypełnione znacznikami czasowymi, czego nie lubią niektóre programy do odtwarzania. Przykrym efektem jest przeskakiwanie o znaczne partie materiału w momencie przewijania, jednak jeśli słuchamy całości takiego pliku, nic złego się nie dzieje.

Licencje, legalność

W świetle polskiego prawa, chcąc odtwarzać publicznie utwory chronione prawem autorskim, musimy uiszczać odpowiednie tantiemy na rzecz organizacji zbiorowego zarządzania, w przeciwnym wypadku możemy zostać pociągnięci do odpowiedzialności karnej. Opłaty na rzecz wszystkich OZZ (ZAiKS, ZPAV, STOART) to co najmniej kilkaset złotych. Chcąc zaoszczędzić, możemy:

Zbudować nasze radio w oparciu o licencję Creative Commons, emitując tylko takie utwory, które są objęte taką licencją i ich twórcy zezwolili na bezpłatny, niekomercyjny ich użytek.

Możemy także skorzystać z ofert którejś z zagranicznych firm, oferujących serwery nadawcze razem z licencjami OZZ. Do tego typu instytucji należy choćby belgijskie Radionomy, czy kanadyjski Sonixcast. W przypadku Radionomy ich panel do zarządzania stacją radiową jest bardzo słabo dostępny, Sonixcast poradził sobie z tym zdecydowanie lepiej. Dla porządku wspomnę, że mimo tego, że w.w. instytucje deklarują opłacanie stosownych tantiem do OZZ, krąży wokół nich sporo kontrowersji. W 2016 Radionomy zostało pozwane przez wytwórnię Sony, natomiast w przypadku firmy Sonixcast zastrzeżenia do ich działalności ma niemiecka Gema, odpowiednik naszego ZAiKS.

Na zakończenie

Opisane tu zagadnienia to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Sami z radiem od strony praktycznej mamy do czynienia od 20 lat, wciąż się go uczymy, poznajemy nowe rozwiązania i nadal twierdzimy, że jeszcze mało wiemy. Mam nadzieję, że ten tekst połączony z tym sprzed 8 lat da czytelnikom ogląd na to, jak wspaniałą może być to pasją, a przy odrobinie szczęścia również i sposobem na życie. Budując własne radio internetowe zdobywamy wiele umiejętności praktycznych, poznajemy narzędzia na co dzień stosowane w tej branży, a przede wszystkim świetnie się bawimy. Powodzenia i miłego nadawania!

Aktywizacja zawodowa osób z niepełnosprawnościami

 

Podczas II Kongresu osób z niepełnosprawnościami odbyła się sesja dyskusyjna poświęcona pracy i aktywizacji zawodowej. Uczestnicy mieli możliwość wypowiedzenia swoich poglądów oraz sformułowania postulatów i skorzystali z tej możliwości. Po 100 minutach dyskusji doszli wspólnie do następujących wniosków:

1. Potrzebna jest dalsza dyskusja, bo ta była za krótka.

2. Mechanizm dofinansowań do wynagrodzeń dla pracodawców generuje patologie i oszustwa, więc wymaga gruntownych zmian.

3. Należy dążyć do zlikwidowania ograniczeń w zarobkowaniu osób z niepełnosprawnością i wprowadzenia świadczenia kompensującego podwyższone koszty życia.

4. Kluczowe dla znalezienia zatrudnienia są kompetencje zawodowe i społeczne oraz własna aktywność.

5. Konieczne jest zindywidualizowanie form wsparcia na rynku pracy, ponieważ różne osoby potrzebują różnych instrumentów. Osoby z niepełnosprawnościami powinny brać aktywny udział w doborze form wsparcia.

6. Ważne jest promowanie zatrudniania osób z niepełnosprawnościami wśród pracodawców, którzy często boją się zatrudniać takie osoby, chociaż nie ma po temu powodów.

Podczas dyskusji pojawiły się także inne wątki, na przykład powrót do zawodów przeznaczonych tylko dla osób z niepełnosprawnościami lub zobowiązanie do zamawiania towarów i usług tylko w spółdzielniach socjalnych. Pojawiły się także głosy ze strony przedstawicieli Warsztatów terapii zajęciowej i zakładów aktywności zawodowej, że podmioty te nie mogą realizować przygotowania do pracy, bo trafiają do nich osoby znajdujące się w szczególnie trudnej sytuacji. Z przebiegu dyskusji można wnioskować, że uczestnicy mieliby z pewnością jeszcze bardzo wiele do powiedzenia, lecz z braku czasu trzeba było ją zakończyć, więc we wszystkich pozostał niedosyt. Okazuje się, że Zatrudnienie i obecność na rynku pracy są dla środowiska osób z niepełnosprawnościami bardzo ważne i wymagają dalszego dyskutowania. Mam nadzieję, że znajdzie się na to czas i miejsce już wkrótce.

Jacek Zadrożny

APLIKACJA RATUNEK NA IOS I ANDROIDA

W najnowszym systemie iOS10.2 miały pojawić się połączenia alarmowe SOS. Ba, nawet tam były przez chwilę, ale zniknęły co właśnie zauważyłem w testowanej przeze mnie czwartej wersji Beta. Tym bardziej warto jest się zainteresować polskim programem Ratunek, który dziś trafił na platformę iOS, a na Androidzie gości już od dłuższego czasu.


Zrzut ekranu - Główne okno programu

Zacznijmy od cytatu z AppStore:

Wypadek, zaginięcie w górach lub jesteś świadkiem wypadku nad wodą:
– czy wiesz gdzie jesteś?
– czy wiesz gdzie zadzwonić i czy znasz numer do służb ratunkowych?
Od dzisiaj w takiej sytuacji wystarczy użyć aplikacji Ratunek, która w trakcie zgłoszenia wypadku podaje dokładną lokalizację osoby dzwoniącej.
Dzięki zastosowaniu aplikacji Ratunek, ratownicy będą wiedzieć gdzie udać się z pomocą, udzielą jej szybciej i skuteczniej!

Najważniejsze funkcje aplikacji Ratunek:
– wzywanie pomocy (zgłoszenie wypadku) – poprzez kontakt telefoniczny ze Służbami Ratowniczymi działającymi w Polsce, w regionach górskich, oraz nad wodą czyli GOPR, TOPR, WOPR i MOPR. W trakcie wzywania pomocy aplikacja automatycznie wybiera zintegrowany z nią numer ratunkowy w górach 601 100 300 lub nad wodą 601 100 100, łączy się z właściwą Służbą Ratowniczą,
– lokalizacja osoby potrzebującej pomocy – automatyczne wysłanie informacji z dokładną lokalizacją (do 3 m) osoby dzwoniącej do wybranej Służby Ratowniczej. Wysłanie lokalizacji następuje poprzez SMS w trakcie rozmowy telefonicznej.
Aplikacja Ratunek jest jedyną zaaprobowaną i dołączoną do systemu powiadamiania o zgłoszeniu wypadku używanego przez Ochotnicze Służby Ratownicze.

 

Wygląd aplikacji

 

Program jest bardzo prosty, tak abyśmy nie musieli za bardzo kombinować w sytuacji alarmowej. Oczywiście przy pierwszym uruchomieniu musimy zgodzić się na lokalizowanie i zaakceptować regulamin aplikacji.

Gdy program się uruchomi, na ekranie będziemy mieli trzy przyciski: Dodaj, Woda i Góry. Dalsze działanie wydaje się dość intuicyjne. Po stuknięciu np. w Woda otworzy się nowe okno z dwoma kolejnymi przyciskami: SMS oraz ponownie Woda.

 

 

Wydawałoby się, że teraz wystarczy tylko stuknąć w przycisk Woda aby nawiązać połączenie. Tu jednak pojawia się zabezpieczenie, opisane u dołu ekranu: Dotknij trzy razy aby wezwać pomoc. I tu niestety należy pamiętać, że z VoiceOver to będzie trzy razy po dwa stuknięcia.


Program jest bardzo prosty, ale obawiam się że w sytuacji gdy naprawdę trzeba będzie szybko wezwać pomoc, to dla wielu osób ta procedura będzie zbyt skomplikowana. Abstrahując jednak od tego, koniecznie trzeba zauważyć, że aplikacja w wersji na iOS jest w stu procentach dostępna i mimo wszystko warto ją sobie zainstalować w telefonie korzystając z poniższych odnośników.

Swoją drogą to bardzo mnie dziwi, że aplikacja nie dostała widgetu na AppleWatch, tak aby w alarmowej sytuacji móc błyskawicznie wezwać pomoc, nawet bez sięgania po telefon. Stuknięcie w komplikację na zegarku i już. Ale może kiedyś… W przyszłości… Kto wie?

A jeśli ktoś z Was posiada ten program na Androidzie, to info o jego dostępności będzie mile widziane w komentarzu.

Pobierz bezpłatnie aplikację Ratunek z AppStore

Pobierz bezpłatnie aplikację Ratunek z Google Play

 

Projekt współfinansowany ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych oraz Gminy Miejskiej Kraków